Monthly Archives: July 2015

Najważniejsze systemy w moim życiu

zbior

Systemów przewinęło się dużo w moim życiu. Zależy od okresu, sesji było bardzo dużo, albo bardzo mało. Były sesje grupowe, a były też solówki. Było 7 lat tłustych i 7 lat chudych.

Ale jak to w hobby bywa, są tytuły ważne, i ważniejsze. Systemy które były kamieniami milowymi w moim ponad 20-letnim erpegowym życiu. Jest to więc wpis dla mnie wspominkowy i bardzo osobisty. Wpis w którym wskazuję takie właśnie kamienie milowe.

MAGIA I MIECZ

MiM

Tak wiem, gra planszowa “Magia i Miecz” to nie jest system RPG. Ale bez tej gry planszowej, nie erpegowałbym. Znaczy, pewnie bym i erpegował, ale zacząłbym się tym interesować znacznie później.

Miałem chyba 13 lat, jak grę wypatrzyłem w takiej jednej księgarni w Gliwicach. Cena tego cuda nie należała do tanich, i nie wiem jak namówiłem matkę na zakup. A później spędziłem cały dzień grając sam ze sobą. I następny też. I jeszcze jeden.

Była jakaś magia w tej grze. Być może dlatego, że komuna dopiero co upadła, i była to jakaś nieoczekiwana fantastyczna świeżość w moim życiu. Wyobraźnia ma pracowała i po chwili przeżywałem przygody w tym wymyślonym świecie. Wczuwałem się w postacie. Wyobrażałem sobie walki z przerażającym smokiem. Dopowiadałem historie w mojej głowie.

Oczywiście, gra planszowa najlepiej sprawdzała się w grupie. Przewinęło się wielu graczy, każdego bliższego znajomego namawiałem na partię, zamęczałem rodzinę i braci ciotecznych. Najważniejsza jednak okazała się znajomość z kumplem który mieszkał piętro wyżej. To właśnie z nim spotykaliśmy się na podwórku, rozkładaliśmy planszę i graliśmy w pierwszego pseudoerpega. Nie będzie tajemnicą, że był to później jeden z moich pierwszych graczy erpegowych? I te nasze rozmowy o wyższości krasnoluda (którego prezentował rysunek hobbita) nad elfem. Odwieczny konflikt.

Ta gra była ważna, bo to właśnie niej wypatrzyłem pierwsze dwa numery pisma “Magia i Miecz”. O czym kiedyś pisałem dwa razy na starym blogu, pół serio tutaj i pół żartem (NSFW) tutaj.

KRYSZTAŁY CZASU

KC

“Kryształy Czasu” to oczywiście pierwszy poznany system RPG przeze mnie. Problem polegał na tym, że ta znajomość była podawana mi w odcinkach. Czyli długo nie było wiadomo jak w to grać. Ale jak już człowiek się dowiedział, to… To prowadził, dopisywał własne zasady, przeżywał te wszystkie przygody… I zgodnie z wytycznymi z jedynego opiniotwórczego źródła z tamtego okresu, olewało się mechanikę. Przez co chyba dlatego wydawał się ten system taki grywalny.

Był to jedyny system, na którym podczas jednej sesji straciłem dwóch bohaterów.

Był to też system, w którym nauczyłem się, nie pisać zbytnio o historii postaci, bo MG i tak oleje sprawę.

Był to też system, w którym popełniałem wiele błędów, zarówno jako MG, jak i człowiek. Ale aż tak zwierzać się nie chcę 🙂

WARHAMMER FANTASY ROLE PLAY

warh

Warhammer był przełomem. Pierwsza wydana księga erpegowa zawierała proste zasady (jeżeli porównało się je do KC), których aż się chciało używać na sesji. Z braku laku, okazywało się, że system jest na tyle elastyczny, że każdy dopisywał to, czego akurat potrzebował . Ninja i samuraj? A czemu nie. Wrzucenie świata z ulubionej książki? No jasne. I w ten sposób każdy miał swojego Warhammera.

Był to system mocno wspierany na rynku. Kolejne księgi krzyczały “kup mnie”. I prowadziło się kampanie jak “Potępieniec” czy “Liczmistrz”.

A jak chciało się mhroczny klimat, to drużyna spotykała Drachenfelsa i się ich zabijało. Bo się mogło. Co nie zmienia faktu, że przekrój sesji był duży, od tych super poważnych, do tych bardzo głupkowatych.

CYBERPUNK 2020

cyberpunk2020

Tak, Cyberpunk 2020. Chyba pierwszy nie fantaziak po polsku, ale nie jestem pewien gdzie tu umieścić “Strefę Smierci”. Ale ja nie o tym. System nie jest dla mnie ważny jako system, tylko ważny jako to, czego się nauczyłem na tych sesjach.

1. Jeszcze nie kumaliśmy mechaniki, graliśmy sesję jeden na jeden. Coś tam oberwałem, MG kazał mi na coś rzucić, rzuciłem, ale tylko ja widziałem wynik. Nie pamiętam, czy wynik był wysoki, a ja podałem niski, czy na odwrót. Ważne, że po tym oszustwie na kościach, moja postać zginęła. Dobra nauczka, już nigdy od tamtej pory nie oszukałem na kościach.

2. Pierwszy raz moja postać została zabita przez postać innego gracza. O, miałem krytycznego pecha jak atakowałem łańcuchem i sobie wybiłem wszystkie zeby. No i siedzę u dentysty, ten mi składa szczękę, kumpel się śmieje, ja mu na to spierdalaj, a on wyciąga pistolet maszynowy i mnie tak centralnie zabija na tym krześle. A mówią, że gimbaza to stan umysłu XXI wieku.

3. Nigdy nie narzekałem na obecność dziewczyn na sesji, ale to właśnie w Cyberpunku miałem pierwszą mistrzynię. I nauczyłem się, że dziewczyny wcale nie muszą lubić kwiatuszków, jednorożców i grania księżniczkami, równie dobrze chcą rozwalać łby ze swojego Colt AMT Model 2000.

4. To tutaj nauczyłem się, że ludzie mają różne wizje tych samych systemów. O miałem sesję, i opowiadam kumplowi, jak to pędziłem na harleyu, goni mnie AVałka, a ja moją zmodyfikowaną piłą mechaniczną ścianami latarnie po drodze, by spadały na ścigający mnie pojazd. A kumpel na to, że to głupie, nierealistyczne, że by mi bark wyrwało, że ha-ha-ha-ha-kurwa-ale-to-śmieszne, że MG kretyn. No zniszczył mój fun, bydlak jeden.

2662 – DOOM GENERIATION

doom

Każdy ma swoją autorkę. Moja zaczęła się od storytellingowej sesji wzorowanej na Doomie. Komandosi, opuszczona baza kosmiczna, trupy, niewidzialne potwory i dziwne nadnaturalne zjawiska. A później zacząłem przelewać to na papier, przenosić akcję na Ziemie. I zacząłem klymacić i mhrocznić, że aż głupio.

Tytuł nawiązuje do tego, że akcja dzieje się w 2662 roku. A w 2666 przyjdzie Szatan i wszystko zje. Bohaterowie graczy mają dziwne wizje, stają się heroldami zagłady, i ich jedynym celem jest zwariować i zginąć… Brzmi to na oklepany schemat? Jak najbardziej. Bo całymi garściami ściągałem informacje ze wszystkiego, co wpadło mi w łapy. Był to miszmasz cyberpunka, Cthullhu, Kultu, Doom Troopera, Biblii (tak, robiąc research do tej gry, czytałem Biblię) i kilku innych mrocznych dzieł. Ło, ale się jarałem moim dziełem. Rozpisywałem zasady do bitewniaka, karcianki i do gry komputerowej. Hell yeah! No i się prowadziło. A gracze cierpieli, ginęli, wariowali. Znaczy ich bohaterowie.

Ale to oczywiście, wszystko gówno. Zostało mi tylko kila rozpisek (przeprowadzki, przeprowadzki), więc świat jest uratowany przed tą kupą. Chyba że rozpiszę to na zasady Warsword 😉

DUNGEONS AND DRAGONS 3 EDITION

dnd

To był szok. Na początku XXI wieku królowały czarno-białe podręczniki. A tu takie coś. Dziwnie się czułem, jak wziąłem do ręki gdzieś tam w Warszawie pierwsze wydanie trzeciej edycji DnD. Grube tomiszcze, mały druk, pełno ilustracji, kolorowy, jakieś dodatkowo o potworach i magicznych przedmiotach i płyta CD. I ta cena, 85 złotych. A obok podręcznik do Deadlands, chudy jakiś, z brzydkimi kolorowymi wstawkami w środku, z dużymi literami, z dużymi marginesami, i z ceną 95 złotych. Tak, zakupiłem oba. Ale to DnD dał mi drugiego kopa i chęci do prowadzenia. To ten system prowadziłem prawie tyle samo, co pierwszego Warhammera, a może nawet więcej. Najwyraźniej system nie dał tylko mi kopa, ale również dał kopa całej rzeszy innym graczom, oraz co najważniejsze, dał kopa przemysłowi RPG. Na świecie i w Polsce.

No i to ten system spowodował, że zacząłem się udzielać na sieci. Ku waszemu nieszczęściu.

EXALTED

exalted

Exalted był systemem, którym się w ogóle nie zainteresowałem. Do tego stopnia, że nawet nie chciało mi się przeczytać recenzji w “Magii i Mieczu”. I pewnie bym się nie interesował dalej, gdyby podczas jednej rozmowy na czacie polskich miłośników DnD, kiedy to rodziły się pierwsze dissy na Jesienną gawędę i “Polski Styl Mhrocznego Grania i Odgrywania”, ktoś nie zaczął zachwalać Exalted. Co to tam nie można, jak to się całe armie wybija, jak to jest super zajebisty system, i że w ogóle przy nim wszystko inne to dno.

Szybko zassałem pedeefa… I tak już ma miłość została do tego systemu, ze czekam niecierpliwie na tą cholerną trzecią edycje. Słyszysz White Wolf!? Znaczy Onyx Path!?

Grałem we wszystkie edycje, 1.0, 1.5, 2.0 i 2.5. I w trzecią też grać będę.

A system był ważny dla mnie, bo to pierwszy system, gdzie grało się na tak epickim poziomie.

CAPES

capes

Kiedy nadszedł czas GNS i zaczęły powstawać te systemy indi-srindi, to “Capes” było dla mnie pierwszym systemem, który pokazał, że można grać inaczej niż w mainstreamie. System bez MG, tworzenie postaci przy pomocy składania dwóch puzzli, rotacyjne składanie deklaracji. Tak, “Capes” był moim pierwszym zagranym dziwnym systemem.

MAGE THE AWAKENING

mage

Nowy Mag nie jest dla mnie ważnym system, dlatego, że jest systemem. Jest po prostu dla mnie wyznacznikiem pewnego bardzo ważnego dla mnie okresu. Oto bowiem ten system spowodował, że wciągnąłem moją żonę do erpegowania na dobre (zły Radek, zły deprawator). Był to system w którym powstała najdłuższa solowa kampania jaką kiedykolwiek poprowadziłem. Przygody pewnego nauczyciela były bardzo fajnym katalizatorem zajebistości.

WARHAMMER FANTASY ROLEPLAY (3 EDYCJA)

wfrp3rdedition

Ostatnia edycja Warhammera była dla mnie ważna, bo… Nietypowe kości. Serio, była to pierwsza gra, w której wykorzystano zestaw kości bez cyfr (no okey, FUDGE DICE można tutaj też podciągnąć, ale to one działają tak, jak inne klasyczne kości), a wrzucono jakieś hieroglify czy inne piktogramy. I nawet jeżeli mam pecha do tej gry, to przynajmniej pomysł przetrwał w ostatniej wersji Star Wars i ma się on dobrze. A co takiego jest zajebistego w takich “custom dice”? Klasyczny system mainstreamowy zazwyczaj ma następujące spektrum wyników do uzyskania: krytyczna porażka – porażka – sukces – krytyczny sukces. Tymczasem, pozwólcie że przykleję przykładowe spektrum wyników z mojego dawnego wpisu o Star Wars:

Bohater stara się przełamać kod do zamkniętych drzwi, tymczasem oddział szturmowców zbliża się z drugiej strony:

– nie udaje mu się otworzyć drzwi
– otwiera drzwi
– nie udaje mu się otworzyć drzwi, ale zamyka drugie (te z których mają przyjść szturmowcy)
– otwiera drzwi, i przy okazji zamyka drugie
– nie udaje mu się otworzyć drwi, na dodatek włącza alarm, więc do pierwszego oddziału szturmowców dołączy drugi oddział szturmowców
– otwiera drzwi, ale włącza alarm, więc do pierwszego oddziału szturmowców dołączy drugi oddział szturmowców
– nie udaje mu się otworzyć drzwi, permanentnie je blokuje
– udaje mu się otworzyć drzwi, permanentnie blokuje przy okazji drugie drzwi
– nie udaje mu się otworzyć drzwi, permanentnie je blokuje, dodatkowo włącza alarm
– udaje mu się otworzyć drzwi, permanentnie blokuje przy okazji drugie drzwi, ale też włącza alarm

Dlatego tak bardzo żałuję, że mało gier stara się iść w tym ciekawym kierunku.

APOCALYPSE WORLD

AW

System, który coś zmienił w moim erpegowym światopoglądzie. Jest to najlepszy storytellingowy system (mam tutaj na myśli system o małej złożoności mechanicznej, który pomaga w tworzeniu opowieści) jaki znam. Znajduje się tutaj wiele sztuczek, kilka świeżych spojrzeń na pewne sprawy i… I w żadnym innym systemie nie miałem tak intensywnych sesji (i tak wyczerpujących mój mózg MG). Jeżeli miałbym do czegoś porównać ten system, byłby to nowy Mad Max. Bo mniej więcej tak akcja gna do przodu. Zasługa chyba głównie też tego, ze walki nie ciągną się godzinami jak w klasycznym mainstreamie, ale są często rozwiązywane tylko jednym rzutem. Nie jest to system dla każdego, ale każdy któremu prowadziłem, bym tym systemem zachwycony.

ARMIE APOKALIPSY

Armie Apokalipsy

System zrobiony dla mojej złej i mrocznej BDSMowej duszy. Przyznaje się, kiedy pojawiły się pierwsze informacje o systemie, miałem włączony trollerski tryb “wszystko co polskie to gówno, gówna nie ruszam”. Ale człowiek mądrzeje na starość. Zazwyczaj.

Tak, żaden inny system nie był tak cholernie zrobiony pod moje gusta. I jest to dla mnie ważny system… Bo to jedyny system w którym grzebię sobie mechanicznie. Prawie zawsze staram się grać “by the book”, ale tutaj robię wyjątek. Z miłości do systemu.

Również system dla mnie ważny, bo jak rzadko jestem graczem, to właśnie w tym systemie w mojej historii nowożytnej miałem najlepsze grupowe sesje jako gracz.

[Beamhit Zalicza] Akane the Kunoichi

cover_02

Dawno nie przeszedłem żadnej gry w całości, no ale w końcu trafiło na taką platformówkę “Akane the Kunoichi”.

Do gry mają nas zachęcać cycki. Bo to mangowa gra, a jak wiadomo, kunoichi (kobiety-ninja) według logiki japońskiej, im więcej ciała pokazują, tym lepiej zakradają się do wroga i są dla niego niewidoczne. Inaczej niż ninja penisododatni, którzy ten sam efekt uzyskują poprzez skuteczne zakrycie całego swojego ciała.

ninja

Historia prosta jak but. Jest sobie taki Japoński przystojniacha, z obowiązkową łysiną, nazywa się Goro. Wszystkie laski na niego lecą, w tym nasza Akane, która u niego służy. No ale jakaś zła kobieta też ma na niego chrapkę, i go porywa. Och nie, uratuj swojego Goro i jego dziewictwo przed tą lafiryndą! Czy jakoś tak.

Jak więc widać, historia jak w “Ghosts and Goblins”, tylko na odwrót. Tylko o ile w pierwowzorze nasz męski bohater trafiony tracił swe ubranko, to tutaj tego nie zaimplementowano.

Całość wygląda jak gra zrobiona w “Game Makerze”. Przed nami 5 etapów podzielonych na trzy poziomy. Ostatni poziom to zawsze walka z Bossem. Do obrony służy nam kunai (nóż ninja) którym rzucamy przed siebie. Znalezione “power-upy” pozwalają nam rzucać jednak większą ilością naraz nożykami. Mamy jeszcze trzy specjalne ataki. Przeciwników (nie licząc Bossów) jest tylko cztery rodzaje, więc jest biednie. Na etapach poszukujemy jeszcze kimona (trzy na każdym poziomie, na tych z Bossami też), co ma wpływ na zakończenie. Nędzne zakończenie.

Grę zaliczyłem w 6 godzin (bo starałem się zdobyć wszystkie kimona). Poziom trudności nie za duży (problematyczny jest tylko ostatni poziom, jeżeli chce się zdobyć kimona), na pewno daleko mu do “Giana Sisters“, o takim “Meat Boyu” czy “Eryi’s Action” nie wspominając.

Taka sobie gra za jakieś 10 złotych, ale często trafia się w bundlach.

kuno01

[Recenzja] Tricarnia – Land of Princes and Demons

trica01

Oto on, najnowszy dodatek do “Bestii i Barbarzyńców”. A ty drogi czytelniku najprawdopodobniej czytasz pierwszą recenzję tego podręcznika na świecie.

Nim jednak przejdę dalej, to należy się pewne wyjaśnienie. Nie jest to dodatek dla każdego. Tricarnia to nie jest miłe miejsce, a podręcznik nam o tym przypomina cały czas. W książce znajdują się opisy i zasady dla tak nieprzyjemnych tematów, jak niewolnictwo, tortury, akty kanibalizmu, oraz składanie ofiar z ludzi, w tym z dzieci.

“Tricarnia” to gruby wypasiony dodatek, co do tego nie ma dwóch zdań. Całość to 260 stron, co najprawdopodobniej oznacza, że jest to najgrubszy dodatek do systemu opartego na “Savage Worlds” jaki wyszedł. Ba, ma większą objętość, niż sam podręcznik podstawowy do “bestii i Barbarzyńców”. Połowa tych stron przeznaczona jest dla graczy, połowa dla mistrza gry.

Początek podręcznika, to wszystko co chcecie wiedzieć o Tricarnii, a baliście się zapytać. Poznajemy tutaj całą historię tej krainy, o opuszczeniu Cesarstwa Kerańskiego przez Księcia Salkora, o trzech braciach – Askeriosie, Jestirielu i Caldaiosie, którzy stworzyli podwaliny dla wielu praw, zwyczajów i nauk (w tym zakazanych) w dzisiejszej Tricarnii, o demonicznej Hordanas, jedynej królowej w historii Tricarnii, o wszystkich politycznych przepychankach i wojnach wewnętrznych, o walkach kultów różnych bóstw, o Księciu Tovakorze, który ujarzmiał wielkie jaszczury swym śpiewem. Opisana też jest tutejsza fauna i flora, zwyczaje, religie, jak i takie rzeczy, jak moda i pożywienie. Ci, którzy lubią zaczytywać się w opisach i poznawać fantastyczne historie, powinni być zadowoleni. Podręcznik zawiera jakieś 80 stron czystego fluffu.

trica02

Jeżeli chodzi o mechaniczne aspekty jakie zostają nam przedstawione, to wydają się nader ciekawe. Oczywiście, dostajemy nowe Zawady i Przewagi (i sprzęt), ale warto tutaj zatrzymać się na chwilę, i przyjrzeć się co ciekawszym rzeczom.

Dotknięty Czerwienią to nosiciel Czerwonej Zarazy. Ktoś taki po prostu gnije, jego ciało się deformuje, i pomału umiera. To straszna choroba, ale być może ktoś się skusi na zagranie kimś takim? W cenie pakietu wliczono takie atrakcje, jak możliwość stracenia co sesję kończyny, potencjalną ślepotę, czy starzenie się.

Przebudzony to istota z innego czasu. W dawnych czasach można było się napić Wody Wieczności, by zapaść (z sobie znanego powodu) w hibernacyjny sen. Tricarnijczycy budzili się po kilku miesiącach, latach, czy dekadach. Może się nawet okazać, że grasz kimś, kto widział upadek Cesarstwa Kerańskiego!

Władca Bestii – tak, wiele różnych Przewag pozwala ci tutaj ujeżdżać swojego przerośniętego jaszczura, żółwia, albo wampirycznego nietoperza.

Wyznawca Snów to ktoś, kogo odwiedził tajemniczy byt zwany Śniącym. To nowe bóstwo, którego kult istnieje dopiero 5 lat, ale zyskuje nowych wyznawców. Śnięcie to w ogóle nowa zdolność nadprzyrodzona, ale też dostępnych jest kilka Przewag, które pozwolą zagłębić się do świata snów.

Astrologia zajmuje bardzo ważne miejsce w kulturze Tricarnii. Dzięki temu dodatkowi, możesz postawić horoskop swojemu barbarzyńcy. A będzie to miało efekty mechaniczne w następnej przygodzie (dobre lub złe).

Manipulacja Lotosu pozwoli wam przekształcać swoich podwładnych, niewolników i zwierzątka w byty większe, silniejsze, waleczniejsze, lub, bo to Tricarnia przecież, jurniejsze.

Zmodyfikowani Niewolnicy to chleb powszedni w Tricarnii. Istnieje wiele kast i stworzonych egzotycznych gatunków, o różnym przeznaczeniu. Można wybierać do wyboru, do koloru.

Eunuch Nadzorca to jeden z wyższych statusów jaki może otrzymać niewolnik w Tricarnii. To dowódcy wojsk, wyposażeni w specjalne hełmy, świetnie wyszkoleni w sztuce wojennej. I co prawda nazwa zobowiązuje, ale najprawdopodobniej twoje klejnoty nie zostaną ucięte (jak na przykład przy śpiewakach), tylko zostaną wysterylizowane. Uff…

trica03

Magia w Tricarnii to bardzo ważna rzecz, nic dziwnego, że czarnoksięstwu poświęcono tutaj wiele miejsca .O nowych mocach i ścieżkach związanych ze Śnieniem albo z przekształcaniem cudzego ciała już wspominałem. Tutaj wspomnę o demonicznych patronach. Zawarte tutaj zasady pozwalają nam zyskiwać punkty mocy za Ofiarowanie (poświęcenie cennego przedmiotu) lub Poświęcenie (zabicie kogoś). Oczywiście, ta druga opcja jest bardziej opłacalna, dodatkowo może pozwolić rzucić zaklęcie o wiele potężniejsze, niż mógłby rzucić taki czarnoksiężnik w normalnych warunkach. Dzieci, osoby atrakcyjne, damulki w opałach i Dzikie Karty generują więcej punktów. To też tłumaczy, dlatego piękne niewiasty często lądują na ołtarzach różnych łysych maniaków. Jeżeli zaś tego jeszcze mało, to mamy tutaj też zasady, jak przehandlować część swojej duszy za potęgę. Im więcej dasz, tym więcej zyskasz.

Z innych rzeczy dostajemy jeszcze zasady związane z przesłuchiwaniem i torturowaniem (nie ważne, czy zły lord chce nas przesłuchać, czy my chcemy przesłuchać złego lorda), trochę bardziej złożone zasady związane z podrywaniem, oraz zasady związane z Wpływem, czyli jak potężny jest arystokrata, i ile ma do Charyzmy, gdy przekonuje pospolitego robaka do swojej racji.

trica04

Porady dla Mistrza Gry zajmują teoretycznie drugą połowę podręcznika (razem z pewnym dodatkiem, ale o tym na końcu). Jest to obszerna część, która zawiera wiele wskazówek, opisów i pomysły na różne kampanie dziejące się w Tricarnii. Rebelia Niewolników? Przepychanki polityczne z tajnymi służbami w tle? Walki czarnoksiężników i ich wiernych eunuchów? Zwiedzanie Krainy Snu? Pomysłów jest naprawdę wiele, każdy dobrze opisany i przedstawiony. Warto też zwrócić uwagę na opisane tutaj Zakazane Księgi. Próba zdobycia jednego takiego egzemplarza może być niezłą przygodą, albo i całym pomysłem na kampanię.

Ci którzy lubią generatory, też znajdą coś dla siebie. Generator przypadkowego wędrowca na drodze, czy generator miejsc może pomóc tym, którzy chcieliby poprowadzić przygody w stylu sandboxowym.

Bestiariusz też tutaj się znajduję, na ponad 20 stronach znajdzie się opis nowych demonów, bestii, różnych eunuchów, osób dotkniętych Czerwoną Zarazą i niewolników.

trica05

Ostatni rozdział jest dodatkiem, który nazywa się “Clash of Kings”. Jest to mini-gra na zasadach Savage Worlds, podobnie jak to miało miejsce przy opisywanych przeze mnie wcześniej Gladiatorach. Tym razem mamy możliwość stworzenia jakiejś organizacji czy państwa, które to poprowadzimy w zmaganiach na arenie politycznej i wojskowej przeciwko innym taki, co staną nam na drodze. Nie jest to oczywiście pomysł oryginalny, mieliśmy “Birthright” do DnD, było “The Mandate of Heaven” do Exalted, czy są “Królestwa” od Tomasza Widzińskiego. Niemniej chyba do “Savage Worlds” czegoś takiego nie było (ekspertem od SW nie jestem). I tutaj mała uwaga. Chcecie “Clash of Kings” po polsku? Bo Piotr Koryś się ostatnio zastanawiał, czy nie wrzucić tych zasad do “Magii i Miecza”. Jak chcecie, możecie go pomęczyć.

Słowo na koniec. Tak, to kolejny bardzo dobry dodatek dla miłośników Bibów i Sawadży. Wypełniony po brzegi informacjami. Nawet jeżeli nie planujecie podróży do Tricarnii, to śmiało można wykorzystać z tego dodatku nowe zasady związane z Magią. A czego mogę się przyczepić? Oprawy graficznej. Rysunków jest mało, są w mojej ocenie takie sobie, a część z nich już widziałem w innych produktach. Najlepszym graficznie dodatkiem do Bibów jest chyba cały czas “Jalizar”. Z drugiej strony, jeżeli wyznajesz zasadę, że podręcznik jest głównie do grania, a nie oglądania, to będziesz w pełni zadowolony.

[Recenzja] Gladiators of the Dominions

okladka

“Gladiators of the Dominions” to dodatek do “Bestii i Barbarzyńców”, jeden z tych które miał szansę ukazać się po polsku. Przyznaję się bez bicia, głosowałem na ten dodatek w ankiecie GRAmela.

Cóż zatem znajduje się w tym nie tak małym (168 stron) dodatku? Po pierwsze dużo informacji o różnych turniejach, sportach i zwyczajach. Czasami legendarnych, czasami tylko wspominanych w podaniach, czasami żywych i kultywowanych do dnia dzisiejszego. Wbrew pozorom, nie znajdziemy tutaj tylko typowego wyobrażenia walka gladiatorów przeniesionych na areny Krain Morza Grozy. Dowiemy się o mniej, lub bardziej krwawych sportach, o Tańcu z Bykami na Ascaii, o wyścigach rydwanów w Tricarnii, o pojedynkach żołnierzy w Caldei, o turniejach sztuk walki w Lhoban. No i oczywiście o gladiatorach i ich różnych szkołach, ich życiu, co robią na co dzień, warunki w jakich żyją. I dowiemy się też o najsławniejszych rebeliach gladiatorów. Miłośnicy fluffu powinni być bardzo zadowoleni.

To wszystko wzbogacone opisami o różnych zwyczajach i kilkoma wariantami mechanicznymi, jak tańce mieszkańców Hebanowej Sawanny, czy pojedynek umysłów mnichów z Lhoban.

glad1

A co dostają gracze, którzy są miłośnikami mechaniki? Standardowo kilka Przewag (nowych Zawad nie stwierdzono), związanych głównie z walkami na arenie. Dużo nowego śmiercionośnego sprzętu, by efektywnie (lub efekciarsko) walczyć ku uciesze tłuszczy. Tak, ozdobny bajerancki hełm może być waszą ważną wizytówką.  Zawarto też kilka zasad dodatkowych, jak obliczanie Wartości Bojowej gladiatora, Przewagi i Zawady  Warunkowe (czyli zdobywanie darmowych przewag i zawad, które działają tylko na arenie), widowiskowe rozlewanie krwi, padanie od otrzymanych ran. No i zasady związane z byciem ulubieńcem publiczności. Jak i to, jak będzie ta publiczność reagować na twoje występy.

glad2

Mistrz Gry dostaje bardzo spory rozdział o prowadzeniu kampanii o gladiatorach. Jest to najobszerniejsza część podręcznika, podająca na tacy wiele pomysłów i rozwiązań mechanicznych. Nic, tylko brać pomysły i je wykorzystywać. Albo skorzystać z obszernego generatora, który spowoduje, że mało która walka na arenie będzie taka sama. Również drogi MG znajdziesz tutaj zasady dla nietypowych “pojedynków”, jak Taniec z Bykiem, Naumachia, czy wyścigi rydwanów (z zasadami narkotyzowania koni). I bardzo obszerny “bestiariusz”, zawierający opis różnych bestii i barba… gladiatorów znaczy się (w tym przerażających gladiatorów chowanych w Tricarnii).

glad3

Ostatni rozdział z podręcznika wymaga osobnego omówienia. “The Season of Blood” jest to samodzielna gra korzystająca z zasad Savage Worlds. Jest to wariant bez Mistrza Gry, który można rozegrać czasami jako odskocznię od zwykłej sesji, albo wykorzystać jako “koło ratunkowe”, gdy połowa drużyny nie dojedzie na sesję (badummm tsss).

Są to pojedynki gladiatorów, ale ważne są tutaj też zagrywki pomiędzy kolejnymi walkami. Musisz zatrudniać strażników, by jakiś zabójca nie wyeliminował twojego ulubieńca, agitatorów którzy będą kierować zachowaniem tłumów jak sobie zażyczysz, albo kurtyzany, które będziesz wysyłać do gladiatorów wrogiej drużyny, by ich odpowiednio zmęczyć przed walką.

Zasady pozwalają też wrzucić swoich bohaterów do zabawy… Ale uwaga, walki są tutaj bardziej niebezpieczne niż te rozgrywane na normalnych zasadach BiB, więc musicie się liczyć z ich przegraną. Na śmierć.

“Gladiatorzy” to dobry dodatek, zwłaszcza rozdział dla MG. Jest to jednak specyficzna pozycja, nie tak neutralna jak “Jalizar”, z którego można wyciągnąć wiele, nawet jeżeli drużyna nigdy nie zagości w Mieście Złodziei. Jest to natomiast pozycja obowiązkowa, jeżeli planujecie kampanię lub mocne motywy związane z życiem gladiatorów.

O Bondzie słów chaotycznych kilka (filmy 13-16)

Kontynuacja bondowskiego cyklu. Tym razem dwa ostatnie filmy z Rogerem Moorem, i dwa jedyne filmy z Timothym Daltonem.
bond13

To już trzynasty Bond, “Ośmiorniczka” obejrzana.

Jak na film, który często ląduje w “Top Listach” najgorszych Bondów, to całkiem fajny film.

Na początku mamy Fidela Castro, który oczywiście nie może być nazwany w filmie Fidelem Castro.

I mamy mały mini-odrzutowiec, który udaje zad konia.

A później scena jak z horroru. Morderczy clown wpada przez okno! Och, to tylko agent 009 w przebraniu.

Znowu mamy typową szpiegowską sprawę, i brak megalomaniaka milionera. Za to mamy Generała Orlova który chce podbić Europę i Generała Gogola który jest temu przeciwny. Dobry i Zły Glina w wydaniu Dobry i Zły Rusek.

A później jest mapa, na której jest Polska, i na tej mapie widać, że Polska z każdej strony otoczona jest przez dywizje pancerne Układu Warszawskiego. #przejebanecałeżycie

Polska

To Bond w którym James żegna się ze swoim Waltherem PPK, a wita się z Waltherem P5.

Dla fetyszystów broni – najprawdopodobniej pierwszy film w którym pokazano Steyr AUG.

Tytułowa Ośmiorniczka pojawia się dopiero w połowie filmu. Przy czym na początku pokazują ją, jak jakiegoś Blofelda w pierwszych Bondach. Czyli nie pokazują twarzy, pełna tajemnica.

Możliwe, że to dlatego, że aktorka już wystąpiła w jednym z poprzednich Bondów. Była to kochanka Christophera “Scaramangi” Lee (Spoczywaj w Pokoju) w “Człowieku ze złotym pistoletem”.

Ośmiorniczka to takie guru, które prowadzi wyspę dla samych bab. Oczywiście, ładnych i seksownych.

Ta grupa to świetnie wyszkolone wojowniczki, kochanki, tancerki i wioślarki.

A jedna ośmiornica to udaje facehuggera.

facehugger

Bond zaś udaje zombie. I krokodyla.

A chwilę później, wszystko chce go zabić. Ludzie, słonie, tygrysy, węże, krokodyle, pająki. I nawet jedna pijawka chce go zagryźć. Wszystko goni naszego agenta 007. Wszystko.

Kontakt Bonda udający zaklinacza węży gra na swej fujarce muzyczny motyw przewodni.

Chwilę później chcą Bonda zastrzelić z zajebistego garłacza.

Chcą też go później zabić przy pomocy piłowego yo-yo.

W ogóle jak widać, chcą go zabijać co chwilę.

A tak, główny przeciwnik Bonda. Wbrew pozorom, nie jest to Orlov, tylko jego wspólnik Khan.

Jak na takie wielkie i groźne nazwisko, to ma budowę wypierdka mamuta.

Ale pomaga mu wielki i silny arab.

I bliźniacy nożownicy, Grishka i Mishka.

Bond przebrany za klauna wygląda bardzo smutno…

Za goryla też się przebiera.

Wyjątkowo duża rola Q. Nasz specjalista od dziwnych zabawek przewinął się w filmie aż kilka razy (w poprzednich Bondach występował zazwyczaj w jednej, góra dwóch scenach).

No tak, zabawki. Pióro z podsłuchem i kwasem, oraz zegarek z lokalizatorem. Bardzo tak… mało rozrywkowo.

bond14

 

“Zabójczy widok” to czternasty Bond. Jest to zarazem siódmy i ostatni film z Moorem. Tym samym zakończyła się pewna era.

Na wstępie napiszę, że jest to jeden z najniżej ocenianych filmów z Bondem. Najwyraźniej się nie znam, bo ja tam się dobrze bawiłem.

Na początku wita nas informacja, że fikcyjna firma “Zorin” z filmu nie ma nic wspólnego z firmą “Zorin” z naszego świata. Tak to jest, jak ktoś nie odrobi lekcji, i stworzy “złą firmę związaną z komputerami o nazwie Zorin”, a później się okaże, ze firma Zorin istnieje naprawdę. Pół biedy, gdyby ta prawdziwa firma tworzyła cukierki. Ale nie, jak na złość okazało się, że jest to “firma zajmująca się komputerami”. Sprawa sądowa skończyła się polubownie.

W filmie głównym złym jest Max Zorin, nowa jakość w filmach o Bondzie i genetycznie zmodyfikowany człowiek z nazistowskich eksperymentów (science!). W tej roli Christopher Walken. Najwyraźniej spodobała mu się rola demonicznego blondyna o imieniu Max, gdyż w “Batman Returns” zagrał rolę Maxa Shrecka.

Max jest geniuszem, psychopatą i kontynuuje dzieło Blofelda w zabijaniu swoich podwładnych. Jest też byłym agentem KGB. I jest młody i przystojny. I się śmieje jak umiera.

Jest to pierwszy główny przeciwnik Bonda, który pokazuje na ekranie, że ma jakieś potrzeby erotyczne. Zazwyczaj do tej pory źli geniusze siedzieli na swoich tronach, a wybrani piękni i zdrowi mieli się rozmnażać wokół niego. No okey, Blofeld w wydaniu Tellego Savalasa podrywał przyszłą żonę Bonda, ale to nie wiadomo, czy z powodu chuci, czy z powodu, że była arystokratką.

Jak na nazistowski eksperyment nie pogardza swoją czarnoskórą ochroniarką, May Day. W tej roli androgeniczna piosenkarka Grace Jones, która rok wcześniej zaliczyła występ w Conanie.

May Day to twarda baba. Jest zabójcą, i jeżeli mnie pamięć nie myli, to jak ten ninja uśmierca przynajmniej trzy osoby na ekranie. Ma super krzepę, podnosi biednych białych uciśnionych mężczyzn nad swoją głowę, oraz 180 kilko na kołowrocie. I nie należy jej zdradzać, bo cały genialny plan zniszczenia Doliny Krzemowej idzie w pizdu. I się śmieje, jak umiera.

Zorin otacza się też innymi pomagierami. Jest jego nazistowski ojciec (stworzyciel?) który kojarzy mi się z Doktorem Nikczemniukiem. Jest gościu z blizną na twarzy. I jeszcze dwie zabójczynie i ochroniarki, biała i Azjatka. Zorin to nazistowskie dziecię które nauczyło się żyć w multi-kulti. Da się?

Reszta przeciwników nie śmieje się, jak umiera. Wyglądają raczej na przerażonych.

Najprawdopodobniej pierwszy film, w którym wystąpił Dolph Lundgren. Nawet jeżeli rola sprowadziła się do bycie milczącym ochroniarzem Gogola, to się liczy.

Jeżeli ktoś nie jarzy, to Dolph był wtedy ochroniarzem Grace. Tą historię opowiada w Niezniszczalnych.

Ostatni raz oglądamy Louis Maxwell w roli Miss Moneypenny. Miała wtedy już 58 lat. Wystąpiła we wszystkich pierwszych 14 Bondach, jako jedyna z obsady zresztą.

Świat się zmienił. Na nic wojny atomowe, zagłady ludzkości, czy militarne potęgi. Potęga to technologia. Dlatego Max chce zniszczyć Krzemową Dolinę, by zostać jedynym wpływowym producentem procesorów.

Technologicznie widać też, jak to wszystko gna do przodu. Jeszcze cztery lata wcześniej (Tylko dla twoich oczu) komputer do identyfikacji twarzy wyświetlał paskudną grafikę wektorową w dwóch kolorach. Teraz mamy już gębę Rogera Moora wyświetlaną w 16 kolorach na jakimś odpowiedniku C-64.

Mamy tutaj sławną scenę, jak Bond jedzie samym przodem samochodu.

Wyjątkową nowością jest pościg konny. Bo pościg na nartach już się trochę opatrzył.

I nie są to zwykłe konie. To są CYBERKONIE! Mają w sobie mikroprocesor, który kontroluje przepływ adrenaliny. Dzięki temu Max wygrywa wszystkie wyścigi.

Dziewczyną Bonda zostaje Stacey Sutton, czyli aktorka Tanya Roberts. Jedna z Aniołków Charliego i dziewczyna z Beasmastera. A Beastmaster to obok Conana kolejna klasyka Sword and Sorcery.

tanya roberts

Dziewczyna Bonda charakteryzuje się głównie tym, że ma niezniszczalną niebrudzącą się sukienkę, oraz bez problemu przebywa w szpilkach kilkanaście godzin.

Należy jednak zauważyć, że dzielnie wspomaga Bonda w szarpaninach. Nie leży, nie piszczy, bierze gaśnice w łapę i przypieprza w łeb. A nawet potrafi się rzucić z gołymi rękami na gościa. I skutecznie zastawia pułapkę na Bonda.

Skuteczna pułapka na Bonda do udawanie, że pod prysznicem jest goła baba. Na pewno tam wejdzie.

Stary dziad nie powinien zabierać się za rzucanie podpalonym dynamitem. Duża szansa, że rzuci go sobie pod nogi.

Zabawki jakieś takie biedne. Jakieś tam okulary do patrzenia przez ciemne szyby, sygnet z aparatem, i “super mały” szpiegowski pojazd do podglądania.

To “mały” to był sarkazm.

Q wykorzystuje go, by oglądać porno na żywo z Bondem.

qpodgladacz

Znowu Bonda ściga amerykańska policja. Za każdym razem jak Bonda ściga amerykańska policja, to przedstawiani są jako niekompetentni ludzie i debile.

Wspominam o tym, bo Policja z RFN z poprzedniego Bonda była przedstawiona jako sprytne chłopaki. Podczas pościgu żaden się nie rozbił, żaden nie upadł, jeden nawet sprytnie przez jakiś czas jechał tyłem i nieźle zakręcił o 180 stopni.

Czyli europejska policja to ludzie kompetentni, amerykańska policja to debile.

bond15

“W obliczu śmierci”. Piętnasty Bond, pierwszy raz (z dwóch) w tej roli Timothy Dalton.

Odcinek sponsoruje litera “P” jak Philips.

Timothy Dalton uważany jest za najsłabszego aktora wcielającego się w Bonda.

A Timothy przecież skacze, pływa, robi fikołki, robi salta, biega, i to nawet sprintem. To najbardziej sprawny fizycznie aktor do tej pory. Gdzie tam mu poprzednikom, którzy w niektórych okresach jak się schylali, to wyglądali jakby się zastanawiali, czy im dysk przypadkiem nie wyskoczy.

Fabuła dotyczy tego, że Ruskie chcą wprowadzić w plan “Śmierć Szpiegom”, czyli program eliminacji wrogich agentów. No ale będą “nieoczekiwane” zwroty akcji, i okaże się, ze to nie tak.

Bond bawi się w snajpera. I dla miłośników “Gun Porn”, nie bawi się byle czym. Bawi się Rolls Roycem wśród karabinów snajperskich, ręcznie robionym, wyprodukowanym tylko ponoć w 176 sztukach, Waltherem WA 200.

Walther_WA2000

No ale w celowniku widzi seksowną blondynkę, więc zamiast ją sprzątnąć, rozwala jej karabin. Tak, na końcu się ze sobą prześpią.

Na początku Bond musi ratować takiego jednego ruskiego generała, który jest bardzo skoro do całowania agentów i innych generałów. A później się wszystko komplikuje, bo ten ratowany beznadziejny gościu jest głównym złym. Tak, jest beznadziejny w każdej scenie. Znaczy nie aktorsko beznadziejny. Znaczy aktor bardzo dobrze oddał beznadziejność tej postaci.

Główny pomagier tego złego to… Dobrze zbudowany blondyn (a to niespodzianka). Właściwie mógłbym chyba napisać pracę doktorską o archetypowym dobrze zbudowanym blondynie w filmie o Bondach.

Gość nazywa się… NECROS! Bad-ass name! W tej roli niejaki Wisniewski, znany głównie z roli faceta w koszulce “Now I have a machine gun Ho-Ho-Ho” w “Die Hard”.

Necros dusi ludzi kablem od słuchawek (pewnie Philipsa, bo inne by się przerwały), rzuca wybuchowym mlekiem i hackuje system rozsuwanych drzwi, by nimi kogoś zabić. Taki sprytny facet.

Jest jeszcze handlarz bronią, który w wolnych chwilach inwestuje w figurki do bitewniaków.

Gogol przestał być szefem KGB, ale jeszcze zaliczył cameo na końcu filmu (ostatni występ tego aktora). Zastąpił go krasnolud Gimbli, dla niepoznaki nazwany Generałem Puszkinem.

Pojawiła się nowa Miss Moneypenny. Wyjątkowo w tym filmie nie była sekretarką M, tylko siedział gdzieś w biurze razem z Q.

No tak, Q i zabawki. Bond w końcu znowu dostaje super-auto, tym razem Austin Martin V8. Czego ten samochód nie ma. Rakiety, dopalacz, płozy, system samozniszczenia i pewnie wiele wiele innych. No ale jakoś tak Bond szybko go niszczy. No ale ma jeszcze breloczek z gazem i materiałem wybuchowym. Reagujący na gwizdanie.

I… Ghetto Blaster!

living-daylights-ghetto-blaster

Bond powrócił do palenia papierosów. Moore gustował w cygarach, ale i tak zazwyczaj nie brał niczego do ust, co by Freud określił “tęsknotą za oralno-fallistyczną przyjemnością”. Dalton zaś najwyraźniej lubi fajki.

Powrócił też po długiej przerwie Felix (nie było go chyba przez 6 Bondów). Ma dwie pomagierki, które skutecznie oczywiście zastawiają pułapkę na Bonda.

Dziewczyna Bonda to oczywiście inna bajka. Na początku jest to naiwna Czechosłowaczka, wiolonczelistka. Naiwna strasznie.

Gdzieś w połowie jej się odwraca. Staje się kobietą wojującą, prowadzącą szarżę Mudżahedinów, czy robiącą takie sztuczki, jak wjazd dżipem do właśnie odlatującego samolotu.

Tak, to były czasy, kiedy Mudżahedini byli w mediach tymi dobrymi, walczącymi ze złymi Ruskimi. Byli dobrzy nawet wtedy, kiedy handlowali opium. Bo to życie ich do tego zmusiło.

Tak, na końcu Bond bawi się w Rambo III i rozwala ruską armię w Afganistanie.

Polski akcent? Fałszywy paszport na jakim przemycają Bonda wystawiony jest na Jerzego Bondova.

jerzy-bondov

Z trzech gier na C=64 o Bondzie jakie miałem, to ta na podstawie tego filmu mi się najmniej podobała. Graficznie był to niezły majstersztyk, ale wolałem gry na podstawie “Szpieg który mnie kochał” i “Licencja na zabijanie”.

Na filmie ogólnie dobrze się bawiłem. Jest to chyba też najkrótszy z Bondów jakie widziałem.

licencetokill

“Licencja na zabijanie”. Szesnasty Bond, drugi i ostatni film z Timothy Daltonem. Najbardziej kontrowersyjny ponoć.

Chyba drugi Bond, w którym 007 nie przebywa w ogóle w Anglii.

Pojawia się Felix, ma się weselić, a Bond ma być drużbą.

No ale w międzyczasie polują na Sancheza, barona kartelu narkotykowego.

A polowanie jest iście krwawe i brutalne. Bo widzicie, jest to ten film, gdzie Bond nie ratuje świata przed trzecią wojną światową, czy ekscentrycznym megalomanem miliarderem. Nie, on po prostu chce dorwać skurwysyna.

Bo skurwysyn Sanchez okalecza ciężko Felixa i zabija jego żonę. Bond więc staje się Rogue Agentem i ma gdzieś zadanie dane mu przez M.

Mówiłem, ze jest krwawo i brutalnie? Jasne, zdarzyły się już wcześniej elementy pomniejsze gore, jak facet przemielony przez maszynę śnieżną w “Tajnej służbie jej Królewskiej Mości”, czy przemielony przez turbinę w “Zabójczym Widoku”.

A tutaj? Mamy obgryzanie przez rekina (dwa razy), wyrywanie na żywca serca (to akurat offscreenowe jest, na szczęście), eksplodujące głowy, batożenie, nabijanie na wózek widłowy, mielenie kruszarką del Toro, spalanie żywcem, gwałt zbiorowy (offscreen).

Film wyjątkowy, bowiem Bond przestaje być agentem. Ale pomagają mu Q i Pam Bouvier. Znaczy pomaganie wygląda tak, ze on każe im cały czas spadać, a oni kombinują, jak mu pomóc. Tak, oglądamy więc męskiego macho który chce działać samodzielnie, a równocześnie perypetie tej dwójki, którzy robią wszystko, by utrzymać przy życiu naszego bohatera.

Pam to niezła laska, chyba najlepiej wyszkolona i kompetentna towarzyszka Bonda jaka pojawiła się do tej pory. Jest wojskową pilotką, nosi kamizelkę kuloodporną, dobrze się bije, wyśmiewa małą kuśkę Bonda (znaczy jego Walthera) i demonstruje swojego shotguna. I tak, ratuje Bonda. Przez co jego męskie ego cierpi. A że lubię dziewczyny w krótkich włosach, to i lubię ją.

licence-to-kill-02

I byłaby dobrą postacią, gdyby nie była jeszcze tak głupio zazdrosna o Bonda.

Jak napisałem, film krwawy, mroczny, dużo trupów, mało humoru. Dlatego niektórzy nie znoszą tego filmu…

Bond jako zabawek używa kamerę przerabianą na karabin snajperski (z blokadą na odciski palców) i wybuchową pastę.

Główny zły ma kilku pomagierów, ale oprócz obłąkańczego del Toro (jeden z pierwszych jego filmów), reszta może być. No okey, pseudo-pastor (ma na nazwisko RZEŹNIK! Znaczy Butcher) jest specyficzny, i przeżywa.

Związek pomiędzy Sanchezem, a Dario (del Toro) jest specyficzny. Czy to tylko ja, czy faktycznie coś jest pomiędzy tą dwójką? Głaszczą się po policzkach, obejmują, całują, nie wiem czy to bromans, czy Sanchez jest biseksualny, czy jeden drugiego usynowił.

Jest też krótki epizod, jak Bond wpada w łapy Shang Tsunga. Shang Tsung jednak spieszy się najwyraźniej na turniej Mortal Kombat w Zaświatach, gdyż zagryza sobie cyjanek.

Shang Tsungowi przez chwilę pomaga Króliczek Playboya. Jaki jest sens w wynajęciu do sceny na 30 sekund Króliczka Playboya, który na dodatek jest w pełni ubrany? A dla tych co płaczą nad sensem, Diana Lee w stroju naturalnym:

dianalee

Handel narkotykami odbywa się poprzez program telewizyjny, taki w stylu “dajcie nam pieniądze na zbawienie waszej duszy”. Sprytne.

W ogóle ostatnia sekwencja pościgu z potężnymi 18-kołowcami, pomimo upływu lat, to robi jednak wrażenie.  I nawet nie przynudza.

Pierwszy Bond w którym 007 wygląda na tak zmasakrowanego na końcu filmu. Naprawdę, niezniszczalny Bond tak źle jeszcze nie wyglądał…

bondblood

Była też gra na komodorku, “Licence to Kill”. Lubiłem ją, chociaż da się ją przejść w 7 minut 😛

Kurde, ten film mi się podobał. Może dlatego, że tak całkowicie zerwał z poprzednimi filmami?

No ale pożegnamy się już z Daltonem. Z powodu zawirowań prawnych, następny Bond dopiero za 6 lat, sławny “GoldenEye” z Brosnanem.

O Bondzie słów chaotycznych kilka (filmy 9-12)

No to kontynuacja, obracamy dalej Rogera Moora.

bond8

“Człowiek ze złotym pistoletem”, czyli pojedynek pomiędzy Jamesem Bondem, a Hrabią Draculą, Darth Tyranusem, kardynałem Wyszyńskim, Śmiercią, Sarumanem, Dr. Fu Manchu i Rasputinem, czyli Christopherem Lee (R.I.P.), zaliczony. Tak, to już dziewiąty Bond.

Główny przeciwnik nazywa się Scaramanga i ma rozkładany złoty pistolet strzelający złotymi kulami. Ponoć chce zabić Bonda, ale w połowie filmu okazuje się, że to nie tak! (dum dum dum duuuuum)

Film mógłby nazywać się “Człowiek z trzema sutkami”, bo Scaramanga w średniowieczu miałby czym karmić czarnego kota.

Scaramanga ma pomocnika, karła o imieniu Nick Nack. Ich relacje są bardzo specyficzne. Nick Nack służy swojemu panu, gotuje mu, dba o dom, i czasami znosi jego głupie dowcipy, w zamian wynajmuje płatnych morderców, którzy mają zabić Scaramangę. Jeżeli Scaramanga zginie, pozostawi w spadku swojemu pomocnikowi cały dobytek.

W ogóle Scaramanga ma obsesję chyba na temat swojego pistoletu, lubi jak kobiety oralnie się z nim bawią.

Co mi przypomina, że książkowy Scaramanga ma mieć według raportu ciągoty homoseksualne, bo nie umie gwizdać. Nie no, serio. Kiedyś wierzono, że jak facet nie potrafi gwizdać, jest gejem.

Pierwszy Bond, w którym 007 tak namiętnie obściskuje gołe męskie pośladki.

Sam Bond ma przez cały film więcej pecha, niż chyba w pozostałych 8 razem wziętych filmach. W ogóle poziom humoru sytuacyjnego (Bond połykający złotą kulę – bezcenne) też się zwiększył trzykrotnie.

Bond ma walczyć w szkole karate na śmierć i życie, ale przeciwnicy nie wiedzą, że Bond miał szkolenie Ninja. I jak na wojownika ninja przystało, walczy podstępem i podstępnie ucieka.

Ale jak go otaczają, to całe szczęście ma przy sobie dwie azjatyckie bojowe uczennice, które walczą za niego. Takie anime.

Ku zaskoczeniu wszystkich, powraca rasistowski szeryf J.W. z “Żyj i pozwól umrzeć”. Pewnie, by było bardziej komicznie. Tym samym J.W. jest drugą postacią z tych bardzo drugoplanowych, która pojawia w dwóch filmach z Bondem. Pierwsza to była Sylvia Trench, dziewczyna Bonda z dwóch pierwszych filmów. Więcej odmiany słowa “dwa” w tym ustępie chyba nie wycisnę.

Dużo pościgów, i jeden sławny skok kaskaderski samochodem i obrotem o 360 stopni.

Jedynym niesamowitym gadżetem Bonda w tym filmie jest doklejany trzeci sutek.

Za to Scaramanga ma swój złoty pistolet, samochód przerabiany na samolot i działo na energię słoneczną.

Dobra, kwatera wywiadu brytyjskiego na pół-zatopionym okręcie jest zarówno śmieszna, jak i zajebista. I ten “skośny” wystrój.

poklad

“Wszyscy znają Bonda, tajnego agenta z licencją na zabijanie.” <—– I jak tu po takim stwierdzeniu być dalej tajnym agentem?

Ciekawe ile osób czytając moje wypociny, starało się zagwizdać (badummm tsss).

Ktoś wpadł na pomysł, by jedna z dziewczyn Bonda była stereotypową super-blond-idiotką. No i by było “zabawniej”, postanowiono, by była agentką.

Tym samym projekt za kilka miliardów został rozjebany przez blondynkę w pięć minut.

Druga dziewczyna Bonda kiedy stoi pod prysznicem, wyciąga pistolet nie wiadomo skąd. Jedna z nieodkrytych tajemnic kinematografii.

Pierwszy Bond, gdzie widać nagą dziewczynę. Od tyłu i w wodzie, ale zawsze.

Rozmowa M z Bondem o odsuwaniu od sprawy, rezygnacji i urlopie to piękne nawiązanie do “W tajnej służbie jej Królewskiej Mości”.

Roger Moore pokazuje, że potrafi też lać po twarzy dziewczyny jak jego poprzednicy. I jeszcze potrafi ją szarpać. I wykręcać rękę.

Film został zjechany ponoć za zbyt duży poziom humoru, ale dla mnie osobiście jest to dobry kierunek, i dobry film.

bond10

Wpis o “Szpieg, który mnie kochał”, czyli dziesiątym Bondzie.

Jak dla mnie, film ważny tak samo jak “Goldfinger”, bowiem całkowicie wyznacza kierunek w jakim pójdzie wyobrażenie o Bondzie. Więcej humoru i więcej niesamowitych zabawek.

Oglądając po kolei Bondy widać fajnie jak następowały skoki technologiczne. Pod tym względem też można analizować te filmy.

Zabawek ma Bond więcej, niż w poprzednich filmach. Ma pierwszy raz elektroniczny zegarek (który drukuje mu smsy), posiada wystrzałowe kijki do nart, miniaturowy odtwarzacz mikrofilmów skryty w papierośnicy i dostaje super samochód, który zamienia się w łódź podwodną.

Sam jestem zdziwiony, że dostaje dopiero drugi super samochód. Od Goldfingera minęło już trochę czasu.

“Przeciwnicy” też nie próżnują, mają swoje zabawki – motocykl z rakietową przyczepą pasażera, papierosy z gazem, stalowe szczęki.

Tak, Szczęki. Jeden z najbardziej znanych przeciwników Bonda. Wielki facet który stalową szczęką zagryza ofiary. Filar tego i następnego filmu.

Szczęki jest Polakiem, gdyby ktoś nie wiedział.

Szczęki, wbrew pozorom, to bardzo inteligentny gość. Zastawia pułapki, potrafi wyrolować przeciwnika, i do tego jest niezniszczalny.

Szczęki to chyba jedyny gość, który robi w serii o Bondzie tak epickie rzeczy. Tutaj zagryza na przykład rekina.

Widać też eksperymenty i zabawy z kamerą. Ujęcia i zbliżenia (głównie na naszego Zagryzacza) to coś, czego wcześniej nie było. Szczęki w budce telefonicznej, czy Szczęki w szafie (ciekawostka – żona się wystraszyła).

No dobra, fabuła – Jest taki szaleniec, który chce zniszczyć świat, by ten odrodził się pod wodą.

W tym celu porywa podwodne okręty atomowe, jeden od Ruskich i jeden od Wyspiarzy.

Tym samym Bond musi współpracować z najlepszym rosyjskim agentem XXX, by odkryć co się dzieje.

Nazwa XXX zobowiązuje, więc nasza agentka głównie jest po to, by pokazać nogę i pół cycka. No i po to, by dać się porwać na końcu, w celu rozmnażania się z głównym złym.

Cyckuff jest więcej, bowiem to pierwszy Bond walący sutkami po oczach. Co prawda należą do panienek z gazet porozklejanych na brytyjskiej łodzi podwodnej, ale zawsze.

Oczywiście jest dramat, bo Bond zabija wcześniej chłopaka XXX. Ta mu przyrzeka śmierć. Najwyraźniej wyrok chce wykonać poprzez zachędożenie 007 na śmierć.

– Musimy się tam dostać! – powiedział Bond.
– Ja to zrobię! – powiedział młody komandor o aparycji 15-latka.
I zginął.
Najbardziej rozczarowująca scena w filmie.

Logika w Bondzie: Hej marynarze, widzicie tą podwodną bazę, w którą władowano niesamowicie dużo forsy, która technologicznie wyprzedza wszystko, co do tej pory posiadamy, i na pokładzie znajduje się tylko stara dziadyga i facet cierpiący na gigantyzm? Bez problemu możemy przejąć nad nią kontrolę, ale nie, lepiej to po prostu rozpieprzmy torpedami.

Coś jeszcze?

Pierwszy Bond w którym pojawia się rosyjski odpowiednik M – Generał Gogol.

Pierwszy Bond w którym pojawia się Sir Frederick Gray, Minister Obrony.

Pierwszy Bond, w którym pojawia się pijący turysta.

Była też gra komputerowa, w którą grałem namiętnie na moim Commodore C-64.

Szczęki rządzi.

bond11

11 Bond – Moonraker.

Geneza powstania?

– Ludwik, musimy nakręcić kolejnego Bonda, by mieć grubą kasiorkę.
– No mamy kręcić Albercik “Tylko dla twoich oczu”.
– No ale Ludwiczku mój kochany, ludzie nie chcą klasycznego Bonda, te ludzie jarają się teraz Gwiezdnymi Wojnami, oszaleli na punkcie laserów i walk w kosmosie.
– Och nie, nikt nie pójdzie na “Tylko dla twoich oczu”, musimy mieć inny plan…
– A może Bond w kosmosie?
– G E N I A L N E! Zmiana planów, twórzcie na szybko coś o lataniu w kosmosie, “Tylko dla twoich oczu” poczeka. Lasery, wybuchy i strzelanie do małych celów! Jazda do roboty! Liczmy już grube miliony.
– A szefie, ale tam na końcu Luke musi trafić w coś małego.
– To Bond trafi jeszcze w coś mniejszego!

Największy grzech tego filmu – jest wtórny. Ja rozumiem, są pewne elementy które muszą się powtarzać, i trudno nie odnieść się, czy być oryginalnym w stosunku do poprzednich 10 filmów. Ale ten film opowiada prawie dokładnie tą samą historie, co “Szpieg który mnie kochał”.

Tu i tu jest bogaty milioner; tu i tu chce zniszczyć całą ludzkość; tam chce odbudować cywilizację pod wodą, tutaj w kosmosie; pierwszy zagryza kobiety rekinem, drugi psami; pierwszy i drugi wynajmuje Szczęki, by ten zabił Bonda; w jednym i drugim Bond współpracuje z agentką innego wywiadu; w obydwóch Bond wyjeżdża czymś z wody, i mamy scenę z pijącym turystą (bodajże asystent reżysera); w obydwu filmach muszą rozpierdolić wielką bazę; no i na końcu wszyscy muszą oglądać pieprzącego się Bonda.

Czyli film zyskuje, jeżeli nie widziano poprzedniej odsłony.

Piosenka otwierająca film jest najnudniejszą i najbardziej usypiającą jaką do tej pory słuchałem oglądając Bondy.

Tak, powraca Szczęki. Dostał jeszcze większą role, jak i dostał więcej komizmu. Ale dalej to sprytny facet, który z powodu siły ma czasami pecha. Przeżywa jeszcze więcej niesamowitych sytuacji, epicznie przegryza metalową linę na której utrzymuje się kolejka górska (!!!), i znajduje sobie dziewczynę i się nawraca na dobro. Awww…

Aktorka która wciela się w postać Dolly (dziewczyna Szczęki) ma taki sam wzrost, jak żona Kiela (aktora grającego Szczęki).

Jak powszechnie wiadomo (albo i nie), partnerem z CIA dla Bonda był zawsze Felix Leiter. No ale, że 30 lat przed Genderem trudno było pokazać Bonda w łóżku z innym facetem, dostał więc partnerkę z CIA, której nazwisko jak zawsze u Bonda jest seksualnie dwuznaczne (Goodhead).

Należy jednak zauważyć, że pani Goodhead jest bardziej zaradna, niż Agentka XXX z poprzedniej odsłony. I ma własne zabójcze zabawki.

Bond dostaje właściwie tylko strzelający zegarek, jeżeli chodzi o gadżety.

I supermotorówkę, którą rozpieprza po 5 minutach.

Główny zły (Hugo Drax) miał nawet nieźle zrobioną scenę z przedstawieniem go, dopóki kamera nie pokazała twarzy. Jakoś tak… Czułem się rozczarowany jego aparycją.

Nim Drax wynajmuje Szczęki, ma innego człowieka od mokrej roboty. Gościu nazywa się Chang, ale my go znamy jako video-blogera o ksywie Cyber Marian.

Plan Draxa jest prosty – wybić ludzkość przy pomocy starożytnej rośliny, a w kosmos wywieść wszystkich młodych porno-aktorów ze Szwecji, by się rozmnażali.

GroupShot5

Niestety, pożycza jeden swój wahadłowiec USA, ale okazuje się, że nie, że jednak go potrzebuje, więc go kradnie. Jakby nie mógł przesunąć planu o 6 miesięcy, albo zerwać umowy… #logikafilmówporno

Jest to chyba pierwszy Bond z tak chamskim lokowaniem produktów, przynajmniej pierwszy w którym mi się to tak rzucało w oczy. Lista sponsorów na końcu była długa, więc nie dziwią jednak te wszystkie 7up czy Seiko wyskakujące co chwila na ekranie, niby tak mimochodem.

Film do tej pory ma Rekord Guinnessa, jako “największa ilość użytych Zero Gravity Wires w jednej scenie”.

I na kłoniec się strzelajom loserami, ło jakie to zajebiaszcze, ło…

bond12

“Tylko dla twoich oczu” zaliczone.

To dwunasty Bond, piąty z Rogerem Moorem.

Na początku filmu postanowiono całkowicie i definitywnie rozwiązać sprawę z Blofeldem. Bond ostatecznie spuszcza swojego Nemezis do komina, robiąc mu po łysince “Benny Hilla” na pożegnanie.

Tak, miał być Szczęki i jego ślub z Dolly. Ale postanowiono zrobić poważny film. Dranie.

Pożegnaliśmy wielkich geniuszy-magalomaniaków chcących zniszczyć świat. Tym razem mamy zwykłą sprawę szpiegowską i chęć zarobienia kupy kasy.

Pierwszy Bond, gdzie okazuje się, że “główny zły”, to jednak nie “główny zły’, ale ten co miał pomagać, to jest “główny zły”. Tak, mamy pierwszego Bonda z Wielkim Twistem w Zmianie Głównego Złego.

Zabawek Bond ma jakoś mało.

Ma Lotusa znanego ze “Szpiega który mnie kochał”. Ale się wysadza. Później Bond dostaje drugiego Lotusa, dla odmiany czerwonego.

Zegarek Bonda już nie drukuje smsów na metalowej taśmie, tylko je wyświetla. Technika poszła do przodu.

Kelnerzy nagrywają. “Sowa i Przyjaciele” historia prawdziwa.

Melina Havelock to pierwsza chyba tak kompetentna bohaterka w Bondzie. Żyje dla zemsty, strzela celnie z kuszy, a nawet ratuje (o mój borze zielony) dupę Bondowi.

Ale chyba nie będzie dużego spojlera, jeżeli napiszę, że na końcu uprawiają seks?

O tyle to zabawne, że człowiek był przygotowany na już oklepany koniec oglądania wygibasów Bonda przez wszystkich jego przełożonych. Wyjątkowo, film strollował widza w tym momencie.

W filmie pojawia się Margaret Thatcher. Znaczy aktorka ją udająca, by nie było. Znaczy, nie, nie zostaje ona dziewczyną Bonda.

Co do dziewczyn Bonda, są jeszcze dwie.

Pierwsza obowiązkowo ginie po seksie z Bondem.

Druga wyglądająca na napaloną 15-latkę została spławiona przez Bonda. Phi, też mi poziom moralność. Bond gwałcący (Goldfinger) i szantażujący (Operacja Piorun) nagle dostał oporów, przed najbardziej chętną na niego dziewczynę, jaka pojawiła się w filmach.

W ogóle jakiś miękki zrobił się ten James. Mógłby sobie na czole wytatuować “Nie zabijaj”.

Nie, serio. Bond zabijający ludzi, których mógłby bez problemu aresztować (właściwie do tej pory okazał tylko litość Nick Nackowi), przy Melinie zamienia się w jakiegoś buddyjskiego myśliciela, rzucającego mądrościami pokroju “szykując zemstę wykop dwa groby”.

Co pewnie tłumaczy, że jak zranili kolesia, to go pięknie szybko opatrzyli.

Przeciwnicy Bonda to prawie zwykli ludzie. Kristatos to człowiek interesu, milczący Locque wygląda złowieszczo (i przypomina nowego Q z restartowanej serii o Bondzie), Kriegler wpisuje się zaś dobrze w spis blond adonisów (zapoczątkowanych przez Red Granta w “Pozdrowienia z Rosji”).

Scena ucieczki małym Citroenem fajna.

Scena z trzema mordercami hokeistami pomysłowa.

40 minut filmu w drugiej połowie to jedna dłużyzna, można przespać spokojnie.

A najbardziej rozwalająca scena, to ta ze wspinającym się Bondem.

Bond się wspina, lezie, idzie po tej cholernej ścianie. I lezie, i lezie… I już ma wejść! A tu gościu kopie go w twarz i Bond to co wlazł, to spadł. No to dalej lezie i się wspina. Co robi ciołek, który go kopnął? Biegnie do pozostałych i krzyczy, że mają intruza! Znaczy tak zrobiłby każdy normalny koleś, ale ten nie, musi przywiązać line, i zejść sprawdzić co się dzieje z Bondem. No to Bond się wspina, a ten mu zaczyna odbijać kolejne śledzie ze ściany. Cała sekwencja więc wygląda jak jakaś durna scena QTE. My szybko klikamy by się wspinać, a tam koleś odbija kolejne śledzie…

A tak, mamy Q przebranego za jakiegoś popa, oraz używającego super komputera identyfikującego ludzi z całego świata. Przemilczę tę scenę pokazującą technologiczne możliwości komputerów w 1981 roku.

I znowu – chcesz zabić Bonda, to go zabij. A nie wlecz za motorówką na linie, z nadzieją że go może jakiś rekin zeżre.

Bo rekiny przy Bondzie nie myślą logicznie. Po cholerę maja płynąć do krwawiącego agenta 007, który siedzi już w tej wodzie 10 minut, lepie się rzucić na przypadkowego gościa, który wpadł do wody 3 sekundy wcześniej.

I nie rzuca się Bondem o Jezuska, bo to przynosi śmierć rzucającemu.

Polski akcent. Generał Gogol leci helikopterem z napisem “PZL Świdnik”.

Pierwszy Bond bez M (możliwe, że jedyny). M jest tylko wspominany. Powód? Aktor Bernard Lee zmarł niestety, i postanowiono chwilowo nie dawać nowego aktora na jego miejsce.