O Bondzie słów chaotycznych kilka (filmy 5-8)

Kontynuacja chaotycznego cyklu o Bondach z Facebooka.

bond5

Piąty Bond za nami, “Żyje się tylko dwa razy” zaliczone. Czyli czas na kilka krótkich spostrzeżeń.

To ten film który najwyraźniej trafił na amerykański boom fascynacji wszystkim co japońskie. Mamy wiec zapaśników sumo, panienki w kimonach, japońskie łaźnie, Toyotę, typowych japońskich bandytów, i typowe japońskie bieganie grupowe. Jakkolwiek to ostatnie brzmi stereotypowo, to oglądając dowolny film z Japończykami z lat 60-80 dochodzi się do tego samego spostrzeżenia. Mają swój specyficzny rodzaj biegania jak są w grupie. Bond wyjatkiem nie jest.

No i są ninja. Sam Bond dostaje mega szkolenie ninja. I przebiera się za ninja. Chociaż dla mnie on to bardziej kitowca z Power Rangers przypominał. No ale poszliśmy za daleko, więc może po kolei.

Film zaczyna się od kosmicznej sceny z efektami specjalnymi, które dzisiaj wstyd pokazać. W ogóle główna rakieta sił zła łamie wszystkie możliwe prawa fizyki, ale być może po prostu się nie znam. A później Bond ginie. Wyjątkowo w zabawnej scenie.

A później go wskrzeszają i przemyca się do Japonii. Jeżeli ktoś z polskich otaku chce powtórzyć ten wyczyn, to musi dać się wystrzelić z luku torpedowego z łodzi podwodnej.

Bond dostaje od Q mały bojowy helikopter, którym rozwala takie prawdziwe helikoptery. Marek Biliński wykorzystał te eksplodujące helikoptery w “Ucieczce z tropiku” (jak i kilka innych scen z Bondów).

Od japońskiego odpowiednika M (zwanego Tygrysem), Bond dostaje rakietowy papieros.

Jeżeli każesz zabić kogoś, po prostu powiedz człowiekowi od mokrej roboty by pociągnął za spust. Niech nie wymyśla planu o tym, jak rozwiąże pojmanego Bonda, uda że go pragnie, pozwoli mu uciec w samolocie, a później uszkodzi samolot i wyskoczy na spadochronie, mając nadzieję, że Bond się w tym samolocie rozbije. Uff… Sam tego nie rozumiem.

Co do pragnień, pierwszy (ciekawe czy jedyny) Bond, w którym facet mówi do Jamesa “Kocham cię”.

Bonda przerabiają na Japończyka. Nie wygląda jak Japończyk. Wygląda jak (za przeproszeniem) nieślubny pomiot Pana Spocka i Cezarego Pazury.

japan

Poznajemy twarz rąk, które głaszczą kotka (ło matko, ale to zdanie brzmi). Było to rozczarowujące przeżycie.

blof

Biedny kotek w jednej scenie wyglądał, jakby miał się posrać ze strachu.

Jeżeli stworzę maszynę do szerzenia zła, nie zamontuję przycisku do jej zdalnej detonacji. Jeszcze Bond by go nacisnął, i co by było.

Główna zła maszyna wybucha 005 sekund przed osiągnięciem celu. A nie mogli znowu dać na 007 jak w Goldfingerze?

Ręce, które głaszczą kotka (czyli Ernst Stavro Blofeld) ma chyba manię natręctw. Chyba nie potrafi się powstrzymać od zabijania swoich ludzi.

Główny pomagier nazywa się Hans. Najwyraźniej przeszedł te samo szkolenie, co Donald “Red” Grant z drugiego bondowskiego filmu. Podobna wytrzymałość, aparycja i siła. Szkoda, że walka z nimi była krótka.

Jeżeli Bond prześpi się z jakąś kobietą, duża szansa, że ona zginie. Lady-killer nabiera dosłownego znaczenia.

Kobieta wyruchała Bonda. A on myślał, że jest taki sexy.

Mało jakoś humoru.

Nudnawy.

Goldfinger dalej najlepszy.

bond6

“W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” to szósty Bond. Zaliczony, oczywiście.

George Lazenby zastąpił Sean Connerego.

George to jedyny aktor który wcielił się w Bonda tylko raz. I jedyny jaki nie był Brytyjczykiem.

IMO George jest mało przystojny, ale ponoć był modelem. Przy zbliżeniach jego twarz kojarzyła mi się z rzeźbami z Wysp Wielkanocnych.

George tak samo skutecznie bije kobiety po twarzy, jak Sean Connery. Kobieta jest przyzwyczajona, bo jej tatko też ją bije po twarzy. Kobieta kocha Bonda i tatka. Wyjątkowo Bond kocha też Kobietę.

Pierwszy Bond, w którym 007 mówi do kobiety, że ją kocha (epizodu z hasłem w “Żyje się tylko dwa razy” nie liczę).

Bond się żeni.

Bond staje się wdowcem. I chyba wariuje.

Pierwszy Bond, w którym 007 płacze.

Pierwszy Bond, w którym Miss Moneypenny płacze.

Pierwszy Bond, w którym Bond pokazuje, że ma ochotę na Miss Moneypenny. Wcześniej, to ona chciała go zaciągnąć do łóżka, ale Sean Connery był twardy (mówił, że nie może, bo M mu jajca utnie, czy coś w ten deseń).

Miss Moneypenny koncertowo trolluje Bonda. To trzeba zobaczyć.

Bond nie dostaje żadnych niesamowitych zabawek, a Q zalicza występ dopiero pod koniec filmu.

Bond ma pomocnika, który kojarzy mi się z Kazikiem Staszewskim. Rola pomocnika polega na byciu milczącym blondynem. Jak się odzywa, to ginie.

Bond to takie duże dziecko. M mu mówi – odsuwam cię od sprawy. Na to Bond – no i chuj, no i cześć, idę se.

Ach te przypadki, rozmowa Bonda i z Pimpem-przyszłym-teściem:
Draco: Te, Bond, weź poobracaj moją córkę i hajtnij się z nią.
Bond: Nie
Draco: Ty, dam ci milion funtów.
Bond, Nie, spierdalaj.
Draco: Nie przekonam cię?
Bond: Wiesz, właściwie to szukam od dwóch lat takiego jednego Blofelda, przepadł jak kamień w wodę i nie wiem gdzie szukać.
Draco: Ty, Stavruś to mój ziomek od kielicha, wpada na imprezki do mnie!
Bond: Nie pierdol, tato! Kocham cię, tato!

Nawiązania do poprzednich filmów. W openingu podziwiamy sceny z poprzednich 5 filmów. Bond przegląda gadżety z poprzednich filmów – nóż z “Dr No”, zegarek z “Pozdrowienia z Rosji” i mini-aparat do oddychania z “Operacji Piorun”.

Co do openingu – nie ma piosenki tytułowej.

Bond ma sojusz z Unione Corse. Kto to zaś, niech erpegowcy sobie pogooglają, poszukają, poczytają, bo to dobra alternatywa dla Mafii/Triady/Yakuzy.

Montaż leży i kwiczy. Zwłaszcza większość sekwencji walk wręcz. Taki chaos sytuacyjny, przeskoki, i ujęcia skaczące od klatki do klatki, powodują u mnie uśmiech na twarzy. Typowa walka wygląda tak: Bond przy łódce, rzuca się na niego koleś, koleś dostaje w zęby, koleś leci, koleś z Bondem są już 100 metrów dalej od łódki, koleś wstaje, Bond z kolesiem są znowu jakimś cudem przy łódce, koleś dostaje kolejnego kopa, i wywala się 150 metrów dalej (do morza), koleś jednak znowu wstaje, a Bond jest już przy nim, i wrzuca go do łódki, tej samej do której sekundę temu mieli ze 150 metrów odległości.

Dźwiękowcy też dali czadu. Dlaczego, gdy Bond kopie, to odgłos jest, jakby strzelał z shotguna? Ma rakietowe nogi, czy jak?

Ciekawostka. Bond udaje szkota i chodzi w kilcie. Kiedy udaje szkota, podkłada mu głos inny aktor.

Jako główny zły powraca Ernst Stavro Blofeld. W tej roli Kojak czyli Telly Savalas. I jest to duży skok jakościowy w porównaniu do poprzedniej odsłony tego super-łotra.

Kojak… tfu… Ernst nie tylko się rozrósł, zmężniał, pozbył się blizny, przeszedł też szkolenie komandosa, i chyba był kilka razy u psychoanalityka, bo jakoś się powstrzymuje od mordowania swoich ludzi na lewo i prawo.

Pierwszy Bond, w którym super-łotr wyjawia 007 cały swój plan.

A plan jest prosty. Kojak przewiduje, że będzie musiał pracować do 67 roku życia, chce więc szantażem na ONZ wymusić swoją wcześniejszą emeryturę. Potrzebuje do tego stada napalonych alergiczek.

Bond oczywiście zalicza wszystkie alergiczki, mimo że kocha on Kobietę. No ale wytłumacz to napalonym alergiczkom.

Kojakoblofeld też pragnie Kobiety. I tytułu hrabiego.

Główny pomagier Blofelda to kobieta w starszym wieku, która dobrze pruje z karabinu. I nawet przeżywa ona film. Ciekawostka – aktorka zmarła zaraz po premierze tego filmu, był więc to ostatni film Ilse Stepad.

Pierwszy Bond ze sceną gore.

Film od połowy to jeden wielki pościg. Najpierw na nartach (Bond gubi jedną nartę, wymyśla więc snowboard), później samochodami na torze wyścigowym, później znowu na nartach, później bobslejami.

Kukła udająca spadającego w przepaść kolesia ma pozycję jak Małysz. I tak 400 metrów. Kukły z Benny Hilla lepiej spadały.

Jak w każdym Bondzie do tej pory, tak i w tym, jeżeli samochód tych złych się przewróci, to wybucha. Moja teoria jest taka, że każdy zły wozi kilo trotylu w bagażniku, by w razie wpadki, pozbyć się śladów. I siebie przy okazji.

Ale o dziwo, mimo wszystko, lepszy film jak dla mnie, niż “Dr No” i “Żyje się tylko dwa razy”.

bond7

“Diamenty są wieczne” to siódmy Bond z Eon Productions.

Powrócił Sean Connery, był to jego ostatni występ w Eonowych Bondach.

Widać, że Sean posunął się w latach.

Ale dalej skutecznie wali po twarzy kobiety, które i tak ochoczo wskakują mu do łóżka.

Film zahacza o USA, wiec powraca znowu Felix, czyli jak napisałem gdzieś tam wcześniej, ten gość, na którego widzowie nie zwracają uwagi.

Głównym przeciwnikiem jest znowu Ernst Stavro Blofeld, którego Bond chce zabić z powodów już bardzo osobistych. Zmienia się aktor, i tak odchodzi Kojak, a wskakuje na jego miejsce Charles Gray. Yep, ten sam gościu, co grał jednonogiego łącznika w “Żyje się tylko dwa razy”. Czyli siedzimy i patrzymy na gościa, i się zastawiamy, gdzie widzieliśmy tego ryja.

Nowy Blofeld jest jeszcze inny, niż pokazywały poprzednie odsłony. Nienaturalnie sztywny, wyprostowany, szeroki w barach, wyrosły mu też włosy. Jak urósł 50 centymetrów od “Żyje się tylko dwa razy” jest tajemnicą Hollywood.

Blofeld jest zabijany przez Bonda 2 i pół razy w tym filmie.

Blofeld jakoś tak stracił na sprawności fizycznej. Po wyczynach Kojaka, ten tylko głównie stoi sztywno. Nawet jak ucieka, przypomina to świński trucht.

Pierwszy Bond, gdzie Blofeld przebiera się za kobietę. To już drugi raz członkowie Widma są tacy… Podstępni.

Bond to osoba, której Blofeld w pierwszej kolejności chciałby wyjawić swój plan. Nie robi jednak tego, gdyż jak sam stwierdza, jest już późno.

No i oczywiście Blofeld nie może tak po prostu zastrzelić Bonda, to by było za proste. Efekt oczywisty – Bond ucieka. Stary Blofeld sam siebie wrzuciłby w tym momencie pewnie do jeziora z piraniami, bo by zawiódł Widmo.

Pojawiają się w końcu charakterystyczni pomagierzy sił zła.

Pan Wint i Pan Kidd definitywnie są tym, co najlepsze w tym Bondzie. Ta homoseksualna para pomysłowych zabójców, rozmawiająca ze sobą w charakterystyczny sposób, mogą śmiało stanąć obok Oddjoba.

killers

A ich rozmowy wyglądają jakoś tak:
– Jeżeli nie uda się za pierwszym razem, Mr. Kidd.
– Trzeba próbować dalej, Mr. Wint.

No cóż, problem polega na tym, że ich chęć zabijania w wyjątkowy sposób, spowodowała, że dwa razy skutecznie nie zabili Bonda.

Dwie epizodyczne pomagierki zła które skutecznie leją Bonda, czyli Bambi i Thumper (Tuptuś w polskim tłumaczeniu), też są niczego sobie.

Co mi przypomina – pierwszy film, w którym 007 dostaje cios w jaja.

Jeżeli ktoś myśli, że różowy krawat to wymysł genderu, to może poczuć się rozczarowany, ale męski patriarchalny mizoginistyczny Bond chodzi w różowym krawacie.

Strzelanie na wysokich obcasach z karabinu to jest zawsze zły pomysł.

Bond nie używa jakiś fajnych zabawek. Ale mamy za to centrum obserwacyjne, gdzie siedzi się na klopie.

No dobra, Q wymyśla sobie przyrząd do oszukiwania jednoręcznych bandytów., a Bond bawi się w Spidermana, oraz popindala kosmicznym łazikiem.

Końcówka to prawie film wojenny.

Na siedem obejrzanych Bondów, ten zajmuje zaszczytne miejsce po Goldfingerze w mojej hierarchii (co nie powinno mnie zdziwić, skoro reżyserem był ten sam koleś, co przy Goldfingerze).

bond8

“Żyj i pozwól umrzeć”. Ósmy Bond, nowy aktor. Czyli pora na kilka luźnych przemyśleń, jak zawsze.

Bond się odmłodził, Miss Moneypenny nie, czyli chwilowo zrezygnowano z pokazywania umizgów z podmamusiałej sekretarki do odświeżonego Bonda.

Najwyraźniej wielkie dywany z klaty chyba przestały być modne. Roger Moore nie posiada animalistycznego futra, jak poprzednicy. Jego klatka jest gładka jak pupcia niemowlęcia.

Młody Moore z gry i zachowania przypomina mi trochę Cezarego Pazurę.

Moore ma jakoś tak więcej w sobie z dżentelmena. Sam nie wiem, dlaczego Bond Seana Connerego był nazywany dżentelmenem. Był chamskim i bezczelnym trollem, i maniery goryla na potrójnej dawce Viagry.

Chwilowo Moore nie bije kobiet po twarzy, tylko grzecznie im grozi, że je zastrzeli.

Moore zamienił papierosy na cygara.

Moore dalej jest nachalny dla bab, ale rezygnuje po stanowczym nie. Chociaż stanowcze nie tutaj brzmiało: “Jak mnie tkniesz, to wezmę cyjanek”.

Bond tutaj walczy z Afroamerykanami. Ale by pokazać, że nie jest rasistą, zaciąga czarną dziewczynę do łóżka.

W ogóle początek jest taki: Idą smutni zapłakani czarni. Czarni zabijają białasa. Czarni się radują.

I motyw przewodni. Coś żywego i wpadającego w ucho.

Q jakoś nie zawitał na ekranie, chociaż był wspomniany.

Jedyną super-zabawką Bonda był magnetyczny zegarek. Ale używał go często i gęsto.

No dobra, jeszcze te pociski na rekina…

Pierwszy Bond w którym są jakieś nadprzyrodzone moce. Są nimi tutaj Voodoo i Tarot.

A Tarota stawia dziewicza i młodziutka dr. Queen, czyli 22-letnia wówczas Jane Seymor.

Ale chachar Bond odbiera jej moce, bo zaciąga ją do łózka. Ale i tak tego nie żałowała.

Akcja znowu w Ameryce, więc wraca Felix. Też odmłodzony.

Wraca Quarell, czyli ten zabity pomocnik Bonda z Dr. No. Tak bywa, kiedy robi się ekranizacje książek nie chronologicznie i ustawia się chronologię na nowo. twórcy wymyślają sobie więc, ze nowy Quarell jest Quarellem Juniorem, synem tego z Quarella z Dr. No.

Czarne charaktery (niach niach niach, rasist joke) są zajebistą fajną zbieraniną.

Główny zły to podstępny premier z Karaibów, który przebiera się za szefa Gangu w USA. Przypominam, że wysoko postawieni przedstawiciele Widma do tej pory przebierali się tylko za kobiety.

Śmierć głównego bossa przemilczmy.

Plejada pomagierów to:
– wiecznie uśmiechnięty Tee Hee Johnson, któty ma stalowe szczypce zamiast jednej ręki.
– Whisper (Szeptuś w polskiej wersji), który tylko szepcze.
– Baron Samedi, który udaje że jest Baronem Samedi.
– i jakiś normalny gościu, który wysadza się na łodzi.

Dużo nawet akcji, humoru (nawet wsiurskiego, vide szeryf), trollerskich dogaduszek Bonda (które tak jakoś słabo pasują do facjaty Moora). Moore wydaje się sympatyczniejszym i fajniejszym Bondem, niż Sean. Ale zobaczymy, co będzie dalej.

Jako Bond, to dobry film, śmiało może stanąć w moim rankingu obok Goldfingera.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *