Najważniejsze systemy w moim życiu

zbior

Systemów przewinęło się dużo w moim życiu. Zależy od okresu, sesji było bardzo dużo, albo bardzo mało. Były sesje grupowe, a były też solówki. Było 7 lat tłustych i 7 lat chudych.

Ale jak to w hobby bywa, są tytuły ważne, i ważniejsze. Systemy które były kamieniami milowymi w moim ponad 20-letnim erpegowym życiu. Jest to więc wpis dla mnie wspominkowy i bardzo osobisty. Wpis w którym wskazuję takie właśnie kamienie milowe.

MAGIA I MIECZ

MiM

Tak wiem, gra planszowa “Magia i Miecz” to nie jest system RPG. Ale bez tej gry planszowej, nie erpegowałbym. Znaczy, pewnie bym i erpegował, ale zacząłbym się tym interesować znacznie później.

Miałem chyba 13 lat, jak grę wypatrzyłem w takiej jednej księgarni w Gliwicach. Cena tego cuda nie należała do tanich, i nie wiem jak namówiłem matkę na zakup. A później spędziłem cały dzień grając sam ze sobą. I następny też. I jeszcze jeden.

Była jakaś magia w tej grze. Być może dlatego, że komuna dopiero co upadła, i była to jakaś nieoczekiwana fantastyczna świeżość w moim życiu. Wyobraźnia ma pracowała i po chwili przeżywałem przygody w tym wymyślonym świecie. Wczuwałem się w postacie. Wyobrażałem sobie walki z przerażającym smokiem. Dopowiadałem historie w mojej głowie.

Oczywiście, gra planszowa najlepiej sprawdzała się w grupie. Przewinęło się wielu graczy, każdego bliższego znajomego namawiałem na partię, zamęczałem rodzinę i braci ciotecznych. Najważniejsza jednak okazała się znajomość z kumplem który mieszkał piętro wyżej. To właśnie z nim spotykaliśmy się na podwórku, rozkładaliśmy planszę i graliśmy w pierwszego pseudoerpega. Nie będzie tajemnicą, że był to później jeden z moich pierwszych graczy erpegowych? I te nasze rozmowy o wyższości krasnoluda (którego prezentował rysunek hobbita) nad elfem. Odwieczny konflikt.

Ta gra była ważna, bo to właśnie niej wypatrzyłem pierwsze dwa numery pisma “Magia i Miecz”. O czym kiedyś pisałem dwa razy na starym blogu, pół serio tutaj i pół żartem (NSFW) tutaj.

KRYSZTAŁY CZASU

KC

“Kryształy Czasu” to oczywiście pierwszy poznany system RPG przeze mnie. Problem polegał na tym, że ta znajomość była podawana mi w odcinkach. Czyli długo nie było wiadomo jak w to grać. Ale jak już człowiek się dowiedział, to… To prowadził, dopisywał własne zasady, przeżywał te wszystkie przygody… I zgodnie z wytycznymi z jedynego opiniotwórczego źródła z tamtego okresu, olewało się mechanikę. Przez co chyba dlatego wydawał się ten system taki grywalny.

Był to jedyny system, na którym podczas jednej sesji straciłem dwóch bohaterów.

Był to też system, w którym nauczyłem się, nie pisać zbytnio o historii postaci, bo MG i tak oleje sprawę.

Był to też system, w którym popełniałem wiele błędów, zarówno jako MG, jak i człowiek. Ale aż tak zwierzać się nie chcę 🙂

WARHAMMER FANTASY ROLE PLAY

warh

Warhammer był przełomem. Pierwsza wydana księga erpegowa zawierała proste zasady (jeżeli porównało się je do KC), których aż się chciało używać na sesji. Z braku laku, okazywało się, że system jest na tyle elastyczny, że każdy dopisywał to, czego akurat potrzebował . Ninja i samuraj? A czemu nie. Wrzucenie świata z ulubionej książki? No jasne. I w ten sposób każdy miał swojego Warhammera.

Był to system mocno wspierany na rynku. Kolejne księgi krzyczały “kup mnie”. I prowadziło się kampanie jak “Potępieniec” czy “Liczmistrz”.

A jak chciało się mhroczny klimat, to drużyna spotykała Drachenfelsa i się ich zabijało. Bo się mogło. Co nie zmienia faktu, że przekrój sesji był duży, od tych super poważnych, do tych bardzo głupkowatych.

CYBERPUNK 2020

cyberpunk2020

Tak, Cyberpunk 2020. Chyba pierwszy nie fantaziak po polsku, ale nie jestem pewien gdzie tu umieścić “Strefę Smierci”. Ale ja nie o tym. System nie jest dla mnie ważny jako system, tylko ważny jako to, czego się nauczyłem na tych sesjach.

1. Jeszcze nie kumaliśmy mechaniki, graliśmy sesję jeden na jeden. Coś tam oberwałem, MG kazał mi na coś rzucić, rzuciłem, ale tylko ja widziałem wynik. Nie pamiętam, czy wynik był wysoki, a ja podałem niski, czy na odwrót. Ważne, że po tym oszustwie na kościach, moja postać zginęła. Dobra nauczka, już nigdy od tamtej pory nie oszukałem na kościach.

2. Pierwszy raz moja postać została zabita przez postać innego gracza. O, miałem krytycznego pecha jak atakowałem łańcuchem i sobie wybiłem wszystkie zeby. No i siedzę u dentysty, ten mi składa szczękę, kumpel się śmieje, ja mu na to spierdalaj, a on wyciąga pistolet maszynowy i mnie tak centralnie zabija na tym krześle. A mówią, że gimbaza to stan umysłu XXI wieku.

3. Nigdy nie narzekałem na obecność dziewczyn na sesji, ale to właśnie w Cyberpunku miałem pierwszą mistrzynię. I nauczyłem się, że dziewczyny wcale nie muszą lubić kwiatuszków, jednorożców i grania księżniczkami, równie dobrze chcą rozwalać łby ze swojego Colt AMT Model 2000.

4. To tutaj nauczyłem się, że ludzie mają różne wizje tych samych systemów. O miałem sesję, i opowiadam kumplowi, jak to pędziłem na harleyu, goni mnie AVałka, a ja moją zmodyfikowaną piłą mechaniczną ścianami latarnie po drodze, by spadały na ścigający mnie pojazd. A kumpel na to, że to głupie, nierealistyczne, że by mi bark wyrwało, że ha-ha-ha-ha-kurwa-ale-to-śmieszne, że MG kretyn. No zniszczył mój fun, bydlak jeden.

2662 – DOOM GENERIATION

doom

Każdy ma swoją autorkę. Moja zaczęła się od storytellingowej sesji wzorowanej na Doomie. Komandosi, opuszczona baza kosmiczna, trupy, niewidzialne potwory i dziwne nadnaturalne zjawiska. A później zacząłem przelewać to na papier, przenosić akcję na Ziemie. I zacząłem klymacić i mhrocznić, że aż głupio.

Tytuł nawiązuje do tego, że akcja dzieje się w 2662 roku. A w 2666 przyjdzie Szatan i wszystko zje. Bohaterowie graczy mają dziwne wizje, stają się heroldami zagłady, i ich jedynym celem jest zwariować i zginąć… Brzmi to na oklepany schemat? Jak najbardziej. Bo całymi garściami ściągałem informacje ze wszystkiego, co wpadło mi w łapy. Był to miszmasz cyberpunka, Cthullhu, Kultu, Doom Troopera, Biblii (tak, robiąc research do tej gry, czytałem Biblię) i kilku innych mrocznych dzieł. Ło, ale się jarałem moim dziełem. Rozpisywałem zasady do bitewniaka, karcianki i do gry komputerowej. Hell yeah! No i się prowadziło. A gracze cierpieli, ginęli, wariowali. Znaczy ich bohaterowie.

Ale to oczywiście, wszystko gówno. Zostało mi tylko kila rozpisek (przeprowadzki, przeprowadzki), więc świat jest uratowany przed tą kupą. Chyba że rozpiszę to na zasady Warsword 😉

DUNGEONS AND DRAGONS 3 EDITION

dnd

To był szok. Na początku XXI wieku królowały czarno-białe podręczniki. A tu takie coś. Dziwnie się czułem, jak wziąłem do ręki gdzieś tam w Warszawie pierwsze wydanie trzeciej edycji DnD. Grube tomiszcze, mały druk, pełno ilustracji, kolorowy, jakieś dodatkowo o potworach i magicznych przedmiotach i płyta CD. I ta cena, 85 złotych. A obok podręcznik do Deadlands, chudy jakiś, z brzydkimi kolorowymi wstawkami w środku, z dużymi literami, z dużymi marginesami, i z ceną 95 złotych. Tak, zakupiłem oba. Ale to DnD dał mi drugiego kopa i chęci do prowadzenia. To ten system prowadziłem prawie tyle samo, co pierwszego Warhammera, a może nawet więcej. Najwyraźniej system nie dał tylko mi kopa, ale również dał kopa całej rzeszy innym graczom, oraz co najważniejsze, dał kopa przemysłowi RPG. Na świecie i w Polsce.

No i to ten system spowodował, że zacząłem się udzielać na sieci. Ku waszemu nieszczęściu.

EXALTED

exalted

Exalted był systemem, którym się w ogóle nie zainteresowałem. Do tego stopnia, że nawet nie chciało mi się przeczytać recenzji w “Magii i Mieczu”. I pewnie bym się nie interesował dalej, gdyby podczas jednej rozmowy na czacie polskich miłośników DnD, kiedy to rodziły się pierwsze dissy na Jesienną gawędę i “Polski Styl Mhrocznego Grania i Odgrywania”, ktoś nie zaczął zachwalać Exalted. Co to tam nie można, jak to się całe armie wybija, jak to jest super zajebisty system, i że w ogóle przy nim wszystko inne to dno.

Szybko zassałem pedeefa… I tak już ma miłość została do tego systemu, ze czekam niecierpliwie na tą cholerną trzecią edycje. Słyszysz White Wolf!? Znaczy Onyx Path!?

Grałem we wszystkie edycje, 1.0, 1.5, 2.0 i 2.5. I w trzecią też grać będę.

A system był ważny dla mnie, bo to pierwszy system, gdzie grało się na tak epickim poziomie.

CAPES

capes

Kiedy nadszedł czas GNS i zaczęły powstawać te systemy indi-srindi, to “Capes” było dla mnie pierwszym systemem, który pokazał, że można grać inaczej niż w mainstreamie. System bez MG, tworzenie postaci przy pomocy składania dwóch puzzli, rotacyjne składanie deklaracji. Tak, “Capes” był moim pierwszym zagranym dziwnym systemem.

MAGE THE AWAKENING

mage

Nowy Mag nie jest dla mnie ważnym system, dlatego, że jest systemem. Jest po prostu dla mnie wyznacznikiem pewnego bardzo ważnego dla mnie okresu. Oto bowiem ten system spowodował, że wciągnąłem moją żonę do erpegowania na dobre (zły Radek, zły deprawator). Był to system w którym powstała najdłuższa solowa kampania jaką kiedykolwiek poprowadziłem. Przygody pewnego nauczyciela były bardzo fajnym katalizatorem zajebistości.

WARHAMMER FANTASY ROLEPLAY (3 EDYCJA)

wfrp3rdedition

Ostatnia edycja Warhammera była dla mnie ważna, bo… Nietypowe kości. Serio, była to pierwsza gra, w której wykorzystano zestaw kości bez cyfr (no okey, FUDGE DICE można tutaj też podciągnąć, ale to one działają tak, jak inne klasyczne kości), a wrzucono jakieś hieroglify czy inne piktogramy. I nawet jeżeli mam pecha do tej gry, to przynajmniej pomysł przetrwał w ostatniej wersji Star Wars i ma się on dobrze. A co takiego jest zajebistego w takich “custom dice”? Klasyczny system mainstreamowy zazwyczaj ma następujące spektrum wyników do uzyskania: krytyczna porażka – porażka – sukces – krytyczny sukces. Tymczasem, pozwólcie że przykleję przykładowe spektrum wyników z mojego dawnego wpisu o Star Wars:

Bohater stara się przełamać kod do zamkniętych drzwi, tymczasem oddział szturmowców zbliża się z drugiej strony:

– nie udaje mu się otworzyć drzwi
– otwiera drzwi
– nie udaje mu się otworzyć drzwi, ale zamyka drugie (te z których mają przyjść szturmowcy)
– otwiera drzwi, i przy okazji zamyka drugie
– nie udaje mu się otworzyć drwi, na dodatek włącza alarm, więc do pierwszego oddziału szturmowców dołączy drugi oddział szturmowców
– otwiera drzwi, ale włącza alarm, więc do pierwszego oddziału szturmowców dołączy drugi oddział szturmowców
– nie udaje mu się otworzyć drzwi, permanentnie je blokuje
– udaje mu się otworzyć drzwi, permanentnie blokuje przy okazji drugie drzwi
– nie udaje mu się otworzyć drzwi, permanentnie je blokuje, dodatkowo włącza alarm
– udaje mu się otworzyć drzwi, permanentnie blokuje przy okazji drugie drzwi, ale też włącza alarm

Dlatego tak bardzo żałuję, że mało gier stara się iść w tym ciekawym kierunku.

APOCALYPSE WORLD

AW

System, który coś zmienił w moim erpegowym światopoglądzie. Jest to najlepszy storytellingowy system (mam tutaj na myśli system o małej złożoności mechanicznej, który pomaga w tworzeniu opowieści) jaki znam. Znajduje się tutaj wiele sztuczek, kilka świeżych spojrzeń na pewne sprawy i… I w żadnym innym systemie nie miałem tak intensywnych sesji (i tak wyczerpujących mój mózg MG). Jeżeli miałbym do czegoś porównać ten system, byłby to nowy Mad Max. Bo mniej więcej tak akcja gna do przodu. Zasługa chyba głównie też tego, ze walki nie ciągną się godzinami jak w klasycznym mainstreamie, ale są często rozwiązywane tylko jednym rzutem. Nie jest to system dla każdego, ale każdy któremu prowadziłem, bym tym systemem zachwycony.

ARMIE APOKALIPSY

Armie Apokalipsy

System zrobiony dla mojej złej i mrocznej BDSMowej duszy. Przyznaje się, kiedy pojawiły się pierwsze informacje o systemie, miałem włączony trollerski tryb “wszystko co polskie to gówno, gówna nie ruszam”. Ale człowiek mądrzeje na starość. Zazwyczaj.

Tak, żaden inny system nie był tak cholernie zrobiony pod moje gusta. I jest to dla mnie ważny system… Bo to jedyny system w którym grzebię sobie mechanicznie. Prawie zawsze staram się grać “by the book”, ale tutaj robię wyjątek. Z miłości do systemu.

Również system dla mnie ważny, bo jak rzadko jestem graczem, to właśnie w tym systemie w mojej historii nowożytnej miałem najlepsze grupowe sesje jako gracz.

One thought on “Najważniejsze systemy w moim życiu

  1. Jiima Arunsone

    Wow. Zabawne jak wiele elementów wspólnych…

    Choć prawdę mówiąc, “Magia i Miecz” (zarówno polska edycja GW-owego “Talismana” jak i pisemko z tym samym logo) to chyba prawie każdy gracz w tym kraju zaliczył na początku kariery, poza dinozaurami starszymi ode mnie (ja jestem z późnej kredy). Nieszczęsne “Kryształy Czasu”, niech im ziemia lekką będzie, też. O WFRP1E się nie wypowiem, kochałom ten system a teraz omijam tak szerokim łukiem jak to możliwe…

    Reszta polskiego ciągu wydawniczego mniej zażarła. CP kochali moi gracze, ja już mniej, poprowadziłom jedną sesję, zagrałom w drugą (prawie zasypiając). Z Cthulhu było na odwrót – ja i siostra, “element żeński” w naszym środowisku (i tak w tych czasach przekraczaliśmy średnią) kochaliśmy horror, reszta nie, bo.

    Potem przypadkiem zabłąkałom się na konwent w swoim mieście, zobaczyłom ludzi grających w Vampire i spodobał mi się system. Nie dlatego że był mhrroczny czy coś. Był fajny. Ale że zawsze wszystko robiłom po swojemu, za pierwszą zarobioną kasę (wróć, drugą, za pierwszą kupiłom sobie “Rzekę tańczących bogów”) kupiłom “Changeling: the Dreaming”, stając się chyba jedynym mistrzem do tego systemu w promieniu rażenia średniej atomówki. Może dlatego uodporniłom się na “mhrrok”, za to skutecznie wkurzałom nim nasiąkniętych. Za to WoD się do mnie przykleił, potem był “Werewolf”, “Wraith”, “Mage” (kocham “Mage” i wciąż mam wiele ciepłych uczuć do osoby która mnie w ten system wciągnęła), “Vampire” dotarł na jakimś smutnym końcu.

    W międzyczasie zostałom zmuszone do prowadzenia “Star Wars” (D6, nigdy nie było dla mnie innej edycji), nie lubiłom SW, dlatego, jak mawiała przyjaciółka “wychodzą ci w nim najlepsze sesje”. W klubie poznałom kilka innych systemów, w tym AD&D, w którym zakochałom się w “Planescape”.

    “Exalted” — zabawne, ale trafił do mnie przez przypadek. Znajomy sprowadził egzemplarz do sklepu, inni znajomi szukali czegoś na prezent i tak mnie trafiło. Stworzyłom ze trzy mocno wybuchowe kroniki, ostatnia zakończyła się ze śmiercią jednej z grających… Też liczę na to, że kiedyś wreszcie dostanę chociaż PDF-a z 3 ed…

    Po “Exalted” był jeszcze BESM i dużo autorskiego eksperymentowania. W międzyczasie etap tworzenia jakiegoś stabilnego życia połączony z bez-systemowym prowadzeniem dla dwóch, a potem trzech osób. Polskie erpegi ominęły mnie więc całkowicie, “indyki” przespałom i dopiero niedawno zaczęłom się w nich orientować. Do grania na systemach wróciłom po tym jak drużyna rozrosła się do czterech, w tym jednej konfliktowej osoby, której nie podobał się finał jednej kampanii. Uznaliśmy, że potrzebna jest mechanika, by nie było kwasów. Systemem “powrotu” stał się “CthulhuTech”, potem wróciłom do swoich własnych powalonych pomysłów, ale z mechaniką — “Fate”, “Powered By Apocalypse”, “D6xD6”, ostatnio GUMSHOE. “Armie” przeczytałom, podobają mi się, ale nigdy więcej bezkostkowców (dlatego nie supportuję Undying).

    Czekam na “Exalted” i nowego “Wraitha”.

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *