Tag Archives: Recenzja

[Recenzja] Shadow of the Demon Lord

shadow02

“Shadow of the Demon Lord” to nowa gra dark fantasy, niedawno sfinansowana na platformie Kickstarter. Za grę odpowiedzialny jest człowiek, który stworzył dla Green Ronina erpega “Pieśń Lodu i Ognia”, oraz który stworzył kilka dodatków do DnD oraz Warhammera – Robert J. Schwalb. Pytanie, co ma ta gra do zaoferowania, i czy jest nowym lepszym Warhammerem?

Jeżeli chodzi o świat, to jest przechlapane. Imperium padło, a to dlatego, że Imperator został zaduszony przez pewnego orka, który chwile później obwołał się Orczym Królem i wywołał rewoltę. Kiedyś zjednoczone prowincje teraz obwołały niepodległość, czasy są niespokojne, a nad wszystkim rozciąga się cień Demona Lorda.

Demon Lord to taki zły gnojek, który zaraz wyskoczy na ten świat i zakrzyknie “Hello robaczki, wpadłem pożreć wasze dusze”. Prawie jak Warhammer i Mroczne Potęgi Chaosu.

Chcecie poczytać czy posłuchać o “Shadow of the Demon Lord”? Mam dla was i jedno, i drugie. “Choose your weapon”.

System oferuje kilka ciekawych ras. Oprócz ludzi i krasnoludów, mamy też orki (kiedyś to była inna rasa, ale Imperium przemieniło ich w niewolniczych krwiożerczych wojowników), changelingi (kukły podrzucane przez Fey, by zakryć porwanie dziecka, taka kukła dzięki magii udaje zwykłego człowieka, a później umiera; my możemy grać tymi changelingami, które jednak nie odeszły na tamten świat), gobliny (małe, zielone, różnorodne, zmutowane i złośliwe; takie typy co szukają swojego tyrana, by mu służyć) oraz clockworks (golemy z uwiezioną duszą, mogą wyglądać różnorodnie, nawet jak pająk czy latający mały cherubinek). Elfy gdzieś uciekły, więc docelowo nie są grywalną rasą.

Oczywiście, by coś robić, trzeba być kimś. A to bycie kimś oparte jest na ścieżkach. Wybieramy różne ścieżki podczas naszej kariery, a konkretnie to na poziomach 1, 3 i 7. Tak, rozwój to zdobywanie kolejnych poziomów, ale nie zdobywamy tutaj pedeków. Po prostu Mistrz Gry po jakiejś sesji mówi – macie przeskok.

Można powiedzieć, że na początku jest się nikim, bo ma się poziom 0. Co ciekawe, tworzenie postaci na początek to tylko wybór rasy i ekwipunku. Zero losowania współczynników czy wydawania na coś punktów (chociaż jest tu wiele tabel podobnych do tych z cyberpunka, gdzie wylosujesz sobie wiek, wygląd, wydarzenie z przeszłości i jakąś manierę). Trzeba dopiero wywalczyć sobie prawo do bycia łotrzykiem, kapłanem, zbrojnym lub magikiem. Tak, będąc na poziomie 1 wybieramy jedną z 4 dostępnych nam ścieżek. Na poziomie 3 wybieramy ścieżkę ekspercką, jedną z 16. A później jeszcze ścieżkę mistrzowską, jedną z 64. Pewnie w dodatku będzie ścieżka epicka, gdzie będzie do wyboru 256 ścieżek 😉

Ścieżki nie są ze sobą powiązane, więc można je łączyć jak się chce. To że na pierwszym poziomie wybrałeś ścieżkę magika, nie oznacza, że na 3 poziomie nie możesz wybrać ścieżki berserkera. Przy okazji nie dostaniesz nic oprócz tego, co oferuje dana ścieżka na danym poziomie. Nie ma tu tony atutów, zdolności czy nawet umiejętności. Te ostatnie załatwiane są poprzez profesję, a tych za dużo nie ma na starcie – 1, 2 lub 3. Ba, samych atrybutów mamy 4 na krzyż, i drugie tyle pochodnych.

Mechanika opiera się na kości dwudziestościennej. Wszystkie testy wykonujemy rzucając właśnie k20, poziom trudności zawsze wynosi 10. Wyjątek to oczywiście gdy chcemy kogoś uderzyć naszą pałą, to wtedy poziom trudności uzależniony jest od obrony przeciwnika. Do testu przysługuje nam modyfikator, zależny od jednego z 4 atrybutów. A ten jest równy atrybutowi minus dziesięć (12 Siły to +2 do testów Siły, Intelekt 9, to -1 do testów Intelektu). Jak widać zdaje się testy częściej niż w Warhammerze.

Oprócz tego mamy mechanikę “Boons and Banes”, bo czasami coś nam pomaga, lub przeszkadza. Każda pomoc dorzuca nam pozytywne k6 do testów, a utrudnienia negatywne k6. Pule się znoszą, więc na końcu zostanie nam tylko pula Boons, albo pula Banes. Z takiej puli po rzucie wybiera się najwyższy wynik, i dodaje się go, lub odejmuje od rzuty k20.

Magia i tradycje magiczne zajmują dużo miejsca w podręczniku. Tradycji jest dużo, każda ma swoje czary, część tradycji jest zakazana. To od nas zależy, czy opanujemy nekromancję, iluzję czy magie bitewną.

Zejść możemy na wiele sposobów. Oprócz klasycznych metod, jak sztylet w serce i kula ognia w mordę, grozi też nam utrata poczytalności i zbyt duże skażenie wyrządzanym przez nas złem. Co ciekawe, zdziwiłem się, nie ma trafień krytycznych, nie ma latających kończyn na placu boju, czy permanentnych szram.

Mistrz Gry dostaje nieźle napisany rozdział o prowadzeniu, ale tylko jeżeli jesteś początkującym MG. Są też zasady podróżowania po mapie heksagonalnej i tabele spotkań losowych. Oraz jak Demon Lord wpływa na wszystko, na co padnie jego cień.

I co? Tak bardzo Warhammer. Tylko jakby z lepszą mechaniką. Zamiast Chaosu mamy Demon Lorda (z którym się nie wygra), ale mamy zarazy, mroczne kulty, zwierzoludzi w lasach, mutacje, demony, nekromancje, broń palną, punkty obłędu i punkty zepsucia. To wszystko podane w bardzo uproszczonej mechanice (nawet można napisać, że prostackiej), która niczym się nie wyróżnia. Jeżeli kogoś nie interesuje wymyślna mechanika, albo duży (albo nawet średni) poziom crunchu, to mechanika dla niego jak w mordę strzeli. Chociaż tak szczerze nie rozumiem niektórych klimatycznych zdolności, które są tylko klimatyczne, a niezbyt grywalne. Na przykład po co mi zdolność, że przeniosę się na stałe w czasie o 500 lat?

Ponoć gra została bardzo dobrze przyjęta, ja tam rewolucji nie widzę. Ale na pewno wolałbym w to zagrać, niż w Warhammera 2 edycja 😉

[Recenzja] Tricarnia – Land of Princes and Demons

trica01

Oto on, najnowszy dodatek do “Bestii i Barbarzyńców”. A ty drogi czytelniku najprawdopodobniej czytasz pierwszą recenzję tego podręcznika na świecie.

Nim jednak przejdę dalej, to należy się pewne wyjaśnienie. Nie jest to dodatek dla każdego. Tricarnia to nie jest miłe miejsce, a podręcznik nam o tym przypomina cały czas. W książce znajdują się opisy i zasady dla tak nieprzyjemnych tematów, jak niewolnictwo, tortury, akty kanibalizmu, oraz składanie ofiar z ludzi, w tym z dzieci.

“Tricarnia” to gruby wypasiony dodatek, co do tego nie ma dwóch zdań. Całość to 260 stron, co najprawdopodobniej oznacza, że jest to najgrubszy dodatek do systemu opartego na “Savage Worlds” jaki wyszedł. Ba, ma większą objętość, niż sam podręcznik podstawowy do “bestii i Barbarzyńców”. Połowa tych stron przeznaczona jest dla graczy, połowa dla mistrza gry.

Początek podręcznika, to wszystko co chcecie wiedzieć o Tricarnii, a baliście się zapytać. Poznajemy tutaj całą historię tej krainy, o opuszczeniu Cesarstwa Kerańskiego przez Księcia Salkora, o trzech braciach – Askeriosie, Jestirielu i Caldaiosie, którzy stworzyli podwaliny dla wielu praw, zwyczajów i nauk (w tym zakazanych) w dzisiejszej Tricarnii, o demonicznej Hordanas, jedynej królowej w historii Tricarnii, o wszystkich politycznych przepychankach i wojnach wewnętrznych, o walkach kultów różnych bóstw, o Księciu Tovakorze, który ujarzmiał wielkie jaszczury swym śpiewem. Opisana też jest tutejsza fauna i flora, zwyczaje, religie, jak i takie rzeczy, jak moda i pożywienie. Ci, którzy lubią zaczytywać się w opisach i poznawać fantastyczne historie, powinni być zadowoleni. Podręcznik zawiera jakieś 80 stron czystego fluffu.

trica02

Jeżeli chodzi o mechaniczne aspekty jakie zostają nam przedstawione, to wydają się nader ciekawe. Oczywiście, dostajemy nowe Zawady i Przewagi (i sprzęt), ale warto tutaj zatrzymać się na chwilę, i przyjrzeć się co ciekawszym rzeczom.

Dotknięty Czerwienią to nosiciel Czerwonej Zarazy. Ktoś taki po prostu gnije, jego ciało się deformuje, i pomału umiera. To straszna choroba, ale być może ktoś się skusi na zagranie kimś takim? W cenie pakietu wliczono takie atrakcje, jak możliwość stracenia co sesję kończyny, potencjalną ślepotę, czy starzenie się.

Przebudzony to istota z innego czasu. W dawnych czasach można było się napić Wody Wieczności, by zapaść (z sobie znanego powodu) w hibernacyjny sen. Tricarnijczycy budzili się po kilku miesiącach, latach, czy dekadach. Może się nawet okazać, że grasz kimś, kto widział upadek Cesarstwa Kerańskiego!

Władca Bestii – tak, wiele różnych Przewag pozwala ci tutaj ujeżdżać swojego przerośniętego jaszczura, żółwia, albo wampirycznego nietoperza.

Wyznawca Snów to ktoś, kogo odwiedził tajemniczy byt zwany Śniącym. To nowe bóstwo, którego kult istnieje dopiero 5 lat, ale zyskuje nowych wyznawców. Śnięcie to w ogóle nowa zdolność nadprzyrodzona, ale też dostępnych jest kilka Przewag, które pozwolą zagłębić się do świata snów.

Astrologia zajmuje bardzo ważne miejsce w kulturze Tricarnii. Dzięki temu dodatkowi, możesz postawić horoskop swojemu barbarzyńcy. A będzie to miało efekty mechaniczne w następnej przygodzie (dobre lub złe).

Manipulacja Lotosu pozwoli wam przekształcać swoich podwładnych, niewolników i zwierzątka w byty większe, silniejsze, waleczniejsze, lub, bo to Tricarnia przecież, jurniejsze.

Zmodyfikowani Niewolnicy to chleb powszedni w Tricarnii. Istnieje wiele kast i stworzonych egzotycznych gatunków, o różnym przeznaczeniu. Można wybierać do wyboru, do koloru.

Eunuch Nadzorca to jeden z wyższych statusów jaki może otrzymać niewolnik w Tricarnii. To dowódcy wojsk, wyposażeni w specjalne hełmy, świetnie wyszkoleni w sztuce wojennej. I co prawda nazwa zobowiązuje, ale najprawdopodobniej twoje klejnoty nie zostaną ucięte (jak na przykład przy śpiewakach), tylko zostaną wysterylizowane. Uff…

trica03

Magia w Tricarnii to bardzo ważna rzecz, nic dziwnego, że czarnoksięstwu poświęcono tutaj wiele miejsca .O nowych mocach i ścieżkach związanych ze Śnieniem albo z przekształcaniem cudzego ciała już wspominałem. Tutaj wspomnę o demonicznych patronach. Zawarte tutaj zasady pozwalają nam zyskiwać punkty mocy za Ofiarowanie (poświęcenie cennego przedmiotu) lub Poświęcenie (zabicie kogoś). Oczywiście, ta druga opcja jest bardziej opłacalna, dodatkowo może pozwolić rzucić zaklęcie o wiele potężniejsze, niż mógłby rzucić taki czarnoksiężnik w normalnych warunkach. Dzieci, osoby atrakcyjne, damulki w opałach i Dzikie Karty generują więcej punktów. To też tłumaczy, dlatego piękne niewiasty często lądują na ołtarzach różnych łysych maniaków. Jeżeli zaś tego jeszcze mało, to mamy tutaj też zasady, jak przehandlować część swojej duszy za potęgę. Im więcej dasz, tym więcej zyskasz.

Z innych rzeczy dostajemy jeszcze zasady związane z przesłuchiwaniem i torturowaniem (nie ważne, czy zły lord chce nas przesłuchać, czy my chcemy przesłuchać złego lorda), trochę bardziej złożone zasady związane z podrywaniem, oraz zasady związane z Wpływem, czyli jak potężny jest arystokrata, i ile ma do Charyzmy, gdy przekonuje pospolitego robaka do swojej racji.

trica04

Porady dla Mistrza Gry zajmują teoretycznie drugą połowę podręcznika (razem z pewnym dodatkiem, ale o tym na końcu). Jest to obszerna część, która zawiera wiele wskazówek, opisów i pomysły na różne kampanie dziejące się w Tricarnii. Rebelia Niewolników? Przepychanki polityczne z tajnymi służbami w tle? Walki czarnoksiężników i ich wiernych eunuchów? Zwiedzanie Krainy Snu? Pomysłów jest naprawdę wiele, każdy dobrze opisany i przedstawiony. Warto też zwrócić uwagę na opisane tutaj Zakazane Księgi. Próba zdobycia jednego takiego egzemplarza może być niezłą przygodą, albo i całym pomysłem na kampanię.

Ci którzy lubią generatory, też znajdą coś dla siebie. Generator przypadkowego wędrowca na drodze, czy generator miejsc może pomóc tym, którzy chcieliby poprowadzić przygody w stylu sandboxowym.

Bestiariusz też tutaj się znajduję, na ponad 20 stronach znajdzie się opis nowych demonów, bestii, różnych eunuchów, osób dotkniętych Czerwoną Zarazą i niewolników.

trica05

Ostatni rozdział jest dodatkiem, który nazywa się “Clash of Kings”. Jest to mini-gra na zasadach Savage Worlds, podobnie jak to miało miejsce przy opisywanych przeze mnie wcześniej Gladiatorach. Tym razem mamy możliwość stworzenia jakiejś organizacji czy państwa, które to poprowadzimy w zmaganiach na arenie politycznej i wojskowej przeciwko innym taki, co staną nam na drodze. Nie jest to oczywiście pomysł oryginalny, mieliśmy “Birthright” do DnD, było “The Mandate of Heaven” do Exalted, czy są “Królestwa” od Tomasza Widzińskiego. Niemniej chyba do “Savage Worlds” czegoś takiego nie było (ekspertem od SW nie jestem). I tutaj mała uwaga. Chcecie “Clash of Kings” po polsku? Bo Piotr Koryś się ostatnio zastanawiał, czy nie wrzucić tych zasad do “Magii i Miecza”. Jak chcecie, możecie go pomęczyć.

Słowo na koniec. Tak, to kolejny bardzo dobry dodatek dla miłośników Bibów i Sawadży. Wypełniony po brzegi informacjami. Nawet jeżeli nie planujecie podróży do Tricarnii, to śmiało można wykorzystać z tego dodatku nowe zasady związane z Magią. A czego mogę się przyczepić? Oprawy graficznej. Rysunków jest mało, są w mojej ocenie takie sobie, a część z nich już widziałem w innych produktach. Najlepszym graficznie dodatkiem do Bibów jest chyba cały czas “Jalizar”. Z drugiej strony, jeżeli wyznajesz zasadę, że podręcznik jest głównie do grania, a nie oglądania, to będziesz w pełni zadowolony.

[Recenzja] Gladiators of the Dominions

okladka

“Gladiators of the Dominions” to dodatek do “Bestii i Barbarzyńców”, jeden z tych które miał szansę ukazać się po polsku. Przyznaję się bez bicia, głosowałem na ten dodatek w ankiecie GRAmela.

Cóż zatem znajduje się w tym nie tak małym (168 stron) dodatku? Po pierwsze dużo informacji o różnych turniejach, sportach i zwyczajach. Czasami legendarnych, czasami tylko wspominanych w podaniach, czasami żywych i kultywowanych do dnia dzisiejszego. Wbrew pozorom, nie znajdziemy tutaj tylko typowego wyobrażenia walka gladiatorów przeniesionych na areny Krain Morza Grozy. Dowiemy się o mniej, lub bardziej krwawych sportach, o Tańcu z Bykami na Ascaii, o wyścigach rydwanów w Tricarnii, o pojedynkach żołnierzy w Caldei, o turniejach sztuk walki w Lhoban. No i oczywiście o gladiatorach i ich różnych szkołach, ich życiu, co robią na co dzień, warunki w jakich żyją. I dowiemy się też o najsławniejszych rebeliach gladiatorów. Miłośnicy fluffu powinni być bardzo zadowoleni.

To wszystko wzbogacone opisami o różnych zwyczajach i kilkoma wariantami mechanicznymi, jak tańce mieszkańców Hebanowej Sawanny, czy pojedynek umysłów mnichów z Lhoban.

glad1

A co dostają gracze, którzy są miłośnikami mechaniki? Standardowo kilka Przewag (nowych Zawad nie stwierdzono), związanych głównie z walkami na arenie. Dużo nowego śmiercionośnego sprzętu, by efektywnie (lub efekciarsko) walczyć ku uciesze tłuszczy. Tak, ozdobny bajerancki hełm może być waszą ważną wizytówką.  Zawarto też kilka zasad dodatkowych, jak obliczanie Wartości Bojowej gladiatora, Przewagi i Zawady  Warunkowe (czyli zdobywanie darmowych przewag i zawad, które działają tylko na arenie), widowiskowe rozlewanie krwi, padanie od otrzymanych ran. No i zasady związane z byciem ulubieńcem publiczności. Jak i to, jak będzie ta publiczność reagować na twoje występy.

glad2

Mistrz Gry dostaje bardzo spory rozdział o prowadzeniu kampanii o gladiatorach. Jest to najobszerniejsza część podręcznika, podająca na tacy wiele pomysłów i rozwiązań mechanicznych. Nic, tylko brać pomysły i je wykorzystywać. Albo skorzystać z obszernego generatora, który spowoduje, że mało która walka na arenie będzie taka sama. Również drogi MG znajdziesz tutaj zasady dla nietypowych “pojedynków”, jak Taniec z Bykiem, Naumachia, czy wyścigi rydwanów (z zasadami narkotyzowania koni). I bardzo obszerny “bestiariusz”, zawierający opis różnych bestii i barba… gladiatorów znaczy się (w tym przerażających gladiatorów chowanych w Tricarnii).

glad3

Ostatni rozdział z podręcznika wymaga osobnego omówienia. “The Season of Blood” jest to samodzielna gra korzystająca z zasad Savage Worlds. Jest to wariant bez Mistrza Gry, który można rozegrać czasami jako odskocznię od zwykłej sesji, albo wykorzystać jako “koło ratunkowe”, gdy połowa drużyny nie dojedzie na sesję (badummm tsss).

Są to pojedynki gladiatorów, ale ważne są tutaj też zagrywki pomiędzy kolejnymi walkami. Musisz zatrudniać strażników, by jakiś zabójca nie wyeliminował twojego ulubieńca, agitatorów którzy będą kierować zachowaniem tłumów jak sobie zażyczysz, albo kurtyzany, które będziesz wysyłać do gladiatorów wrogiej drużyny, by ich odpowiednio zmęczyć przed walką.

Zasady pozwalają też wrzucić swoich bohaterów do zabawy… Ale uwaga, walki są tutaj bardziej niebezpieczne niż te rozgrywane na normalnych zasadach BiB, więc musicie się liczyć z ich przegraną. Na śmierć.

“Gladiatorzy” to dobry dodatek, zwłaszcza rozdział dla MG. Jest to jednak specyficzna pozycja, nie tak neutralna jak “Jalizar”, z którego można wyciągnąć wiele, nawet jeżeli drużyna nigdy nie zagości w Mieście Złodziei. Jest to natomiast pozycja obowiązkowa, jeżeli planujecie kampanię lub mocne motywy związane z życiem gladiatorów.

O Bondzie słów chaotycznych kilka (filmy 13-16)

Kontynuacja bondowskiego cyklu. Tym razem dwa ostatnie filmy z Rogerem Moorem, i dwa jedyne filmy z Timothym Daltonem.
bond13

To już trzynasty Bond, “Ośmiorniczka” obejrzana.

Jak na film, który często ląduje w “Top Listach” najgorszych Bondów, to całkiem fajny film.

Na początku mamy Fidela Castro, który oczywiście nie może być nazwany w filmie Fidelem Castro.

I mamy mały mini-odrzutowiec, który udaje zad konia.

A później scena jak z horroru. Morderczy clown wpada przez okno! Och, to tylko agent 009 w przebraniu.

Znowu mamy typową szpiegowską sprawę, i brak megalomaniaka milionera. Za to mamy Generała Orlova który chce podbić Europę i Generała Gogola który jest temu przeciwny. Dobry i Zły Glina w wydaniu Dobry i Zły Rusek.

A później jest mapa, na której jest Polska, i na tej mapie widać, że Polska z każdej strony otoczona jest przez dywizje pancerne Układu Warszawskiego. #przejebanecałeżycie

Polska

To Bond w którym James żegna się ze swoim Waltherem PPK, a wita się z Waltherem P5.

Dla fetyszystów broni – najprawdopodobniej pierwszy film w którym pokazano Steyr AUG.

Tytułowa Ośmiorniczka pojawia się dopiero w połowie filmu. Przy czym na początku pokazują ją, jak jakiegoś Blofelda w pierwszych Bondach. Czyli nie pokazują twarzy, pełna tajemnica.

Możliwe, że to dlatego, że aktorka już wystąpiła w jednym z poprzednich Bondów. Była to kochanka Christophera “Scaramangi” Lee (Spoczywaj w Pokoju) w “Człowieku ze złotym pistoletem”.

Ośmiorniczka to takie guru, które prowadzi wyspę dla samych bab. Oczywiście, ładnych i seksownych.

Ta grupa to świetnie wyszkolone wojowniczki, kochanki, tancerki i wioślarki.

A jedna ośmiornica to udaje facehuggera.

facehugger

Bond zaś udaje zombie. I krokodyla.

A chwilę później, wszystko chce go zabić. Ludzie, słonie, tygrysy, węże, krokodyle, pająki. I nawet jedna pijawka chce go zagryźć. Wszystko goni naszego agenta 007. Wszystko.

Kontakt Bonda udający zaklinacza węży gra na swej fujarce muzyczny motyw przewodni.

Chwilę później chcą Bonda zastrzelić z zajebistego garłacza.

Chcą też go później zabić przy pomocy piłowego yo-yo.

W ogóle jak widać, chcą go zabijać co chwilę.

A tak, główny przeciwnik Bonda. Wbrew pozorom, nie jest to Orlov, tylko jego wspólnik Khan.

Jak na takie wielkie i groźne nazwisko, to ma budowę wypierdka mamuta.

Ale pomaga mu wielki i silny arab.

I bliźniacy nożownicy, Grishka i Mishka.

Bond przebrany za klauna wygląda bardzo smutno…

Za goryla też się przebiera.

Wyjątkowo duża rola Q. Nasz specjalista od dziwnych zabawek przewinął się w filmie aż kilka razy (w poprzednich Bondach występował zazwyczaj w jednej, góra dwóch scenach).

No tak, zabawki. Pióro z podsłuchem i kwasem, oraz zegarek z lokalizatorem. Bardzo tak… mało rozrywkowo.

bond14

 

“Zabójczy widok” to czternasty Bond. Jest to zarazem siódmy i ostatni film z Moorem. Tym samym zakończyła się pewna era.

Na wstępie napiszę, że jest to jeden z najniżej ocenianych filmów z Bondem. Najwyraźniej się nie znam, bo ja tam się dobrze bawiłem.

Na początku wita nas informacja, że fikcyjna firma “Zorin” z filmu nie ma nic wspólnego z firmą “Zorin” z naszego świata. Tak to jest, jak ktoś nie odrobi lekcji, i stworzy “złą firmę związaną z komputerami o nazwie Zorin”, a później się okaże, ze firma Zorin istnieje naprawdę. Pół biedy, gdyby ta prawdziwa firma tworzyła cukierki. Ale nie, jak na złość okazało się, że jest to “firma zajmująca się komputerami”. Sprawa sądowa skończyła się polubownie.

W filmie głównym złym jest Max Zorin, nowa jakość w filmach o Bondzie i genetycznie zmodyfikowany człowiek z nazistowskich eksperymentów (science!). W tej roli Christopher Walken. Najwyraźniej spodobała mu się rola demonicznego blondyna o imieniu Max, gdyż w “Batman Returns” zagrał rolę Maxa Shrecka.

Max jest geniuszem, psychopatą i kontynuuje dzieło Blofelda w zabijaniu swoich podwładnych. Jest też byłym agentem KGB. I jest młody i przystojny. I się śmieje jak umiera.

Jest to pierwszy główny przeciwnik Bonda, który pokazuje na ekranie, że ma jakieś potrzeby erotyczne. Zazwyczaj do tej pory źli geniusze siedzieli na swoich tronach, a wybrani piękni i zdrowi mieli się rozmnażać wokół niego. No okey, Blofeld w wydaniu Tellego Savalasa podrywał przyszłą żonę Bonda, ale to nie wiadomo, czy z powodu chuci, czy z powodu, że była arystokratką.

Jak na nazistowski eksperyment nie pogardza swoją czarnoskórą ochroniarką, May Day. W tej roli androgeniczna piosenkarka Grace Jones, która rok wcześniej zaliczyła występ w Conanie.

May Day to twarda baba. Jest zabójcą, i jeżeli mnie pamięć nie myli, to jak ten ninja uśmierca przynajmniej trzy osoby na ekranie. Ma super krzepę, podnosi biednych białych uciśnionych mężczyzn nad swoją głowę, oraz 180 kilko na kołowrocie. I nie należy jej zdradzać, bo cały genialny plan zniszczenia Doliny Krzemowej idzie w pizdu. I się śmieje, jak umiera.

Zorin otacza się też innymi pomagierami. Jest jego nazistowski ojciec (stworzyciel?) który kojarzy mi się z Doktorem Nikczemniukiem. Jest gościu z blizną na twarzy. I jeszcze dwie zabójczynie i ochroniarki, biała i Azjatka. Zorin to nazistowskie dziecię które nauczyło się żyć w multi-kulti. Da się?

Reszta przeciwników nie śmieje się, jak umiera. Wyglądają raczej na przerażonych.

Najprawdopodobniej pierwszy film, w którym wystąpił Dolph Lundgren. Nawet jeżeli rola sprowadziła się do bycie milczącym ochroniarzem Gogola, to się liczy.

Jeżeli ktoś nie jarzy, to Dolph był wtedy ochroniarzem Grace. Tą historię opowiada w Niezniszczalnych.

Ostatni raz oglądamy Louis Maxwell w roli Miss Moneypenny. Miała wtedy już 58 lat. Wystąpiła we wszystkich pierwszych 14 Bondach, jako jedyna z obsady zresztą.

Świat się zmienił. Na nic wojny atomowe, zagłady ludzkości, czy militarne potęgi. Potęga to technologia. Dlatego Max chce zniszczyć Krzemową Dolinę, by zostać jedynym wpływowym producentem procesorów.

Technologicznie widać też, jak to wszystko gna do przodu. Jeszcze cztery lata wcześniej (Tylko dla twoich oczu) komputer do identyfikacji twarzy wyświetlał paskudną grafikę wektorową w dwóch kolorach. Teraz mamy już gębę Rogera Moora wyświetlaną w 16 kolorach na jakimś odpowiedniku C-64.

Mamy tutaj sławną scenę, jak Bond jedzie samym przodem samochodu.

Wyjątkową nowością jest pościg konny. Bo pościg na nartach już się trochę opatrzył.

I nie są to zwykłe konie. To są CYBERKONIE! Mają w sobie mikroprocesor, który kontroluje przepływ adrenaliny. Dzięki temu Max wygrywa wszystkie wyścigi.

Dziewczyną Bonda zostaje Stacey Sutton, czyli aktorka Tanya Roberts. Jedna z Aniołków Charliego i dziewczyna z Beasmastera. A Beastmaster to obok Conana kolejna klasyka Sword and Sorcery.

tanya roberts

Dziewczyna Bonda charakteryzuje się głównie tym, że ma niezniszczalną niebrudzącą się sukienkę, oraz bez problemu przebywa w szpilkach kilkanaście godzin.

Należy jednak zauważyć, że dzielnie wspomaga Bonda w szarpaninach. Nie leży, nie piszczy, bierze gaśnice w łapę i przypieprza w łeb. A nawet potrafi się rzucić z gołymi rękami na gościa. I skutecznie zastawia pułapkę na Bonda.

Skuteczna pułapka na Bonda do udawanie, że pod prysznicem jest goła baba. Na pewno tam wejdzie.

Stary dziad nie powinien zabierać się za rzucanie podpalonym dynamitem. Duża szansa, że rzuci go sobie pod nogi.

Zabawki jakieś takie biedne. Jakieś tam okulary do patrzenia przez ciemne szyby, sygnet z aparatem, i “super mały” szpiegowski pojazd do podglądania.

To “mały” to był sarkazm.

Q wykorzystuje go, by oglądać porno na żywo z Bondem.

qpodgladacz

Znowu Bonda ściga amerykańska policja. Za każdym razem jak Bonda ściga amerykańska policja, to przedstawiani są jako niekompetentni ludzie i debile.

Wspominam o tym, bo Policja z RFN z poprzedniego Bonda była przedstawiona jako sprytne chłopaki. Podczas pościgu żaden się nie rozbił, żaden nie upadł, jeden nawet sprytnie przez jakiś czas jechał tyłem i nieźle zakręcił o 180 stopni.

Czyli europejska policja to ludzie kompetentni, amerykańska policja to debile.

bond15

“W obliczu śmierci”. Piętnasty Bond, pierwszy raz (z dwóch) w tej roli Timothy Dalton.

Odcinek sponsoruje litera “P” jak Philips.

Timothy Dalton uważany jest za najsłabszego aktora wcielającego się w Bonda.

A Timothy przecież skacze, pływa, robi fikołki, robi salta, biega, i to nawet sprintem. To najbardziej sprawny fizycznie aktor do tej pory. Gdzie tam mu poprzednikom, którzy w niektórych okresach jak się schylali, to wyglądali jakby się zastanawiali, czy im dysk przypadkiem nie wyskoczy.

Fabuła dotyczy tego, że Ruskie chcą wprowadzić w plan “Śmierć Szpiegom”, czyli program eliminacji wrogich agentów. No ale będą “nieoczekiwane” zwroty akcji, i okaże się, ze to nie tak.

Bond bawi się w snajpera. I dla miłośników “Gun Porn”, nie bawi się byle czym. Bawi się Rolls Roycem wśród karabinów snajperskich, ręcznie robionym, wyprodukowanym tylko ponoć w 176 sztukach, Waltherem WA 200.

Walther_WA2000

No ale w celowniku widzi seksowną blondynkę, więc zamiast ją sprzątnąć, rozwala jej karabin. Tak, na końcu się ze sobą prześpią.

Na początku Bond musi ratować takiego jednego ruskiego generała, który jest bardzo skoro do całowania agentów i innych generałów. A później się wszystko komplikuje, bo ten ratowany beznadziejny gościu jest głównym złym. Tak, jest beznadziejny w każdej scenie. Znaczy nie aktorsko beznadziejny. Znaczy aktor bardzo dobrze oddał beznadziejność tej postaci.

Główny pomagier tego złego to… Dobrze zbudowany blondyn (a to niespodzianka). Właściwie mógłbym chyba napisać pracę doktorską o archetypowym dobrze zbudowanym blondynie w filmie o Bondach.

Gość nazywa się… NECROS! Bad-ass name! W tej roli niejaki Wisniewski, znany głównie z roli faceta w koszulce “Now I have a machine gun Ho-Ho-Ho” w “Die Hard”.

Necros dusi ludzi kablem od słuchawek (pewnie Philipsa, bo inne by się przerwały), rzuca wybuchowym mlekiem i hackuje system rozsuwanych drzwi, by nimi kogoś zabić. Taki sprytny facet.

Jest jeszcze handlarz bronią, który w wolnych chwilach inwestuje w figurki do bitewniaków.

Gogol przestał być szefem KGB, ale jeszcze zaliczył cameo na końcu filmu (ostatni występ tego aktora). Zastąpił go krasnolud Gimbli, dla niepoznaki nazwany Generałem Puszkinem.

Pojawiła się nowa Miss Moneypenny. Wyjątkowo w tym filmie nie była sekretarką M, tylko siedział gdzieś w biurze razem z Q.

No tak, Q i zabawki. Bond w końcu znowu dostaje super-auto, tym razem Austin Martin V8. Czego ten samochód nie ma. Rakiety, dopalacz, płozy, system samozniszczenia i pewnie wiele wiele innych. No ale jakoś tak Bond szybko go niszczy. No ale ma jeszcze breloczek z gazem i materiałem wybuchowym. Reagujący na gwizdanie.

I… Ghetto Blaster!

living-daylights-ghetto-blaster

Bond powrócił do palenia papierosów. Moore gustował w cygarach, ale i tak zazwyczaj nie brał niczego do ust, co by Freud określił “tęsknotą za oralno-fallistyczną przyjemnością”. Dalton zaś najwyraźniej lubi fajki.

Powrócił też po długiej przerwie Felix (nie było go chyba przez 6 Bondów). Ma dwie pomagierki, które skutecznie oczywiście zastawiają pułapkę na Bonda.

Dziewczyna Bonda to oczywiście inna bajka. Na początku jest to naiwna Czechosłowaczka, wiolonczelistka. Naiwna strasznie.

Gdzieś w połowie jej się odwraca. Staje się kobietą wojującą, prowadzącą szarżę Mudżahedinów, czy robiącą takie sztuczki, jak wjazd dżipem do właśnie odlatującego samolotu.

Tak, to były czasy, kiedy Mudżahedini byli w mediach tymi dobrymi, walczącymi ze złymi Ruskimi. Byli dobrzy nawet wtedy, kiedy handlowali opium. Bo to życie ich do tego zmusiło.

Tak, na końcu Bond bawi się w Rambo III i rozwala ruską armię w Afganistanie.

Polski akcent? Fałszywy paszport na jakim przemycają Bonda wystawiony jest na Jerzego Bondova.

jerzy-bondov

Z trzech gier na C=64 o Bondzie jakie miałem, to ta na podstawie tego filmu mi się najmniej podobała. Graficznie był to niezły majstersztyk, ale wolałem gry na podstawie “Szpieg który mnie kochał” i “Licencja na zabijanie”.

Na filmie ogólnie dobrze się bawiłem. Jest to chyba też najkrótszy z Bondów jakie widziałem.

licencetokill

“Licencja na zabijanie”. Szesnasty Bond, drugi i ostatni film z Timothy Daltonem. Najbardziej kontrowersyjny ponoć.

Chyba drugi Bond, w którym 007 nie przebywa w ogóle w Anglii.

Pojawia się Felix, ma się weselić, a Bond ma być drużbą.

No ale w międzyczasie polują na Sancheza, barona kartelu narkotykowego.

A polowanie jest iście krwawe i brutalne. Bo widzicie, jest to ten film, gdzie Bond nie ratuje świata przed trzecią wojną światową, czy ekscentrycznym megalomanem miliarderem. Nie, on po prostu chce dorwać skurwysyna.

Bo skurwysyn Sanchez okalecza ciężko Felixa i zabija jego żonę. Bond więc staje się Rogue Agentem i ma gdzieś zadanie dane mu przez M.

Mówiłem, ze jest krwawo i brutalnie? Jasne, zdarzyły się już wcześniej elementy pomniejsze gore, jak facet przemielony przez maszynę śnieżną w “Tajnej służbie jej Królewskiej Mości”, czy przemielony przez turbinę w “Zabójczym Widoku”.

A tutaj? Mamy obgryzanie przez rekina (dwa razy), wyrywanie na żywca serca (to akurat offscreenowe jest, na szczęście), eksplodujące głowy, batożenie, nabijanie na wózek widłowy, mielenie kruszarką del Toro, spalanie żywcem, gwałt zbiorowy (offscreen).

Film wyjątkowy, bowiem Bond przestaje być agentem. Ale pomagają mu Q i Pam Bouvier. Znaczy pomaganie wygląda tak, ze on każe im cały czas spadać, a oni kombinują, jak mu pomóc. Tak, oglądamy więc męskiego macho który chce działać samodzielnie, a równocześnie perypetie tej dwójki, którzy robią wszystko, by utrzymać przy życiu naszego bohatera.

Pam to niezła laska, chyba najlepiej wyszkolona i kompetentna towarzyszka Bonda jaka pojawiła się do tej pory. Jest wojskową pilotką, nosi kamizelkę kuloodporną, dobrze się bije, wyśmiewa małą kuśkę Bonda (znaczy jego Walthera) i demonstruje swojego shotguna. I tak, ratuje Bonda. Przez co jego męskie ego cierpi. A że lubię dziewczyny w krótkich włosach, to i lubię ją.

licence-to-kill-02

I byłaby dobrą postacią, gdyby nie była jeszcze tak głupio zazdrosna o Bonda.

Jak napisałem, film krwawy, mroczny, dużo trupów, mało humoru. Dlatego niektórzy nie znoszą tego filmu…

Bond jako zabawek używa kamerę przerabianą na karabin snajperski (z blokadą na odciski palców) i wybuchową pastę.

Główny zły ma kilku pomagierów, ale oprócz obłąkańczego del Toro (jeden z pierwszych jego filmów), reszta może być. No okey, pseudo-pastor (ma na nazwisko RZEŹNIK! Znaczy Butcher) jest specyficzny, i przeżywa.

Związek pomiędzy Sanchezem, a Dario (del Toro) jest specyficzny. Czy to tylko ja, czy faktycznie coś jest pomiędzy tą dwójką? Głaszczą się po policzkach, obejmują, całują, nie wiem czy to bromans, czy Sanchez jest biseksualny, czy jeden drugiego usynowił.

Jest też krótki epizod, jak Bond wpada w łapy Shang Tsunga. Shang Tsung jednak spieszy się najwyraźniej na turniej Mortal Kombat w Zaświatach, gdyż zagryza sobie cyjanek.

Shang Tsungowi przez chwilę pomaga Króliczek Playboya. Jaki jest sens w wynajęciu do sceny na 30 sekund Króliczka Playboya, który na dodatek jest w pełni ubrany? A dla tych co płaczą nad sensem, Diana Lee w stroju naturalnym:

dianalee

Handel narkotykami odbywa się poprzez program telewizyjny, taki w stylu “dajcie nam pieniądze na zbawienie waszej duszy”. Sprytne.

W ogóle ostatnia sekwencja pościgu z potężnymi 18-kołowcami, pomimo upływu lat, to robi jednak wrażenie.  I nawet nie przynudza.

Pierwszy Bond w którym 007 wygląda na tak zmasakrowanego na końcu filmu. Naprawdę, niezniszczalny Bond tak źle jeszcze nie wyglądał…

bondblood

Była też gra na komodorku, “Licence to Kill”. Lubiłem ją, chociaż da się ją przejść w 7 minut 😛

Kurde, ten film mi się podobał. Może dlatego, że tak całkowicie zerwał z poprzednimi filmami?

No ale pożegnamy się już z Daltonem. Z powodu zawirowań prawnych, następny Bond dopiero za 6 lat, sławny “GoldenEye” z Brosnanem.

O Bondzie słów chaotycznych kilka (filmy 9-12)

No to kontynuacja, obracamy dalej Rogera Moora.

bond8

“Człowiek ze złotym pistoletem”, czyli pojedynek pomiędzy Jamesem Bondem, a Hrabią Draculą, Darth Tyranusem, kardynałem Wyszyńskim, Śmiercią, Sarumanem, Dr. Fu Manchu i Rasputinem, czyli Christopherem Lee (R.I.P.), zaliczony. Tak, to już dziewiąty Bond.

Główny przeciwnik nazywa się Scaramanga i ma rozkładany złoty pistolet strzelający złotymi kulami. Ponoć chce zabić Bonda, ale w połowie filmu okazuje się, że to nie tak! (dum dum dum duuuuum)

Film mógłby nazywać się “Człowiek z trzema sutkami”, bo Scaramanga w średniowieczu miałby czym karmić czarnego kota.

Scaramanga ma pomocnika, karła o imieniu Nick Nack. Ich relacje są bardzo specyficzne. Nick Nack służy swojemu panu, gotuje mu, dba o dom, i czasami znosi jego głupie dowcipy, w zamian wynajmuje płatnych morderców, którzy mają zabić Scaramangę. Jeżeli Scaramanga zginie, pozostawi w spadku swojemu pomocnikowi cały dobytek.

W ogóle Scaramanga ma obsesję chyba na temat swojego pistoletu, lubi jak kobiety oralnie się z nim bawią.

Co mi przypomina, że książkowy Scaramanga ma mieć według raportu ciągoty homoseksualne, bo nie umie gwizdać. Nie no, serio. Kiedyś wierzono, że jak facet nie potrafi gwizdać, jest gejem.

Pierwszy Bond, w którym 007 tak namiętnie obściskuje gołe męskie pośladki.

Sam Bond ma przez cały film więcej pecha, niż chyba w pozostałych 8 razem wziętych filmach. W ogóle poziom humoru sytuacyjnego (Bond połykający złotą kulę – bezcenne) też się zwiększył trzykrotnie.

Bond ma walczyć w szkole karate na śmierć i życie, ale przeciwnicy nie wiedzą, że Bond miał szkolenie Ninja. I jak na wojownika ninja przystało, walczy podstępem i podstępnie ucieka.

Ale jak go otaczają, to całe szczęście ma przy sobie dwie azjatyckie bojowe uczennice, które walczą za niego. Takie anime.

Ku zaskoczeniu wszystkich, powraca rasistowski szeryf J.W. z “Żyj i pozwól umrzeć”. Pewnie, by było bardziej komicznie. Tym samym J.W. jest drugą postacią z tych bardzo drugoplanowych, która pojawia w dwóch filmach z Bondem. Pierwsza to była Sylvia Trench, dziewczyna Bonda z dwóch pierwszych filmów. Więcej odmiany słowa “dwa” w tym ustępie chyba nie wycisnę.

Dużo pościgów, i jeden sławny skok kaskaderski samochodem i obrotem o 360 stopni.

Jedynym niesamowitym gadżetem Bonda w tym filmie jest doklejany trzeci sutek.

Za to Scaramanga ma swój złoty pistolet, samochód przerabiany na samolot i działo na energię słoneczną.

Dobra, kwatera wywiadu brytyjskiego na pół-zatopionym okręcie jest zarówno śmieszna, jak i zajebista. I ten “skośny” wystrój.

poklad

“Wszyscy znają Bonda, tajnego agenta z licencją na zabijanie.” <—– I jak tu po takim stwierdzeniu być dalej tajnym agentem?

Ciekawe ile osób czytając moje wypociny, starało się zagwizdać (badummm tsss).

Ktoś wpadł na pomysł, by jedna z dziewczyn Bonda była stereotypową super-blond-idiotką. No i by było “zabawniej”, postanowiono, by była agentką.

Tym samym projekt za kilka miliardów został rozjebany przez blondynkę w pięć minut.

Druga dziewczyna Bonda kiedy stoi pod prysznicem, wyciąga pistolet nie wiadomo skąd. Jedna z nieodkrytych tajemnic kinematografii.

Pierwszy Bond, gdzie widać nagą dziewczynę. Od tyłu i w wodzie, ale zawsze.

Rozmowa M z Bondem o odsuwaniu od sprawy, rezygnacji i urlopie to piękne nawiązanie do “W tajnej służbie jej Królewskiej Mości”.

Roger Moore pokazuje, że potrafi też lać po twarzy dziewczyny jak jego poprzednicy. I jeszcze potrafi ją szarpać. I wykręcać rękę.

Film został zjechany ponoć za zbyt duży poziom humoru, ale dla mnie osobiście jest to dobry kierunek, i dobry film.

bond10

Wpis o “Szpieg, który mnie kochał”, czyli dziesiątym Bondzie.

Jak dla mnie, film ważny tak samo jak “Goldfinger”, bowiem całkowicie wyznacza kierunek w jakim pójdzie wyobrażenie o Bondzie. Więcej humoru i więcej niesamowitych zabawek.

Oglądając po kolei Bondy widać fajnie jak następowały skoki technologiczne. Pod tym względem też można analizować te filmy.

Zabawek ma Bond więcej, niż w poprzednich filmach. Ma pierwszy raz elektroniczny zegarek (który drukuje mu smsy), posiada wystrzałowe kijki do nart, miniaturowy odtwarzacz mikrofilmów skryty w papierośnicy i dostaje super samochód, który zamienia się w łódź podwodną.

Sam jestem zdziwiony, że dostaje dopiero drugi super samochód. Od Goldfingera minęło już trochę czasu.

“Przeciwnicy” też nie próżnują, mają swoje zabawki – motocykl z rakietową przyczepą pasażera, papierosy z gazem, stalowe szczęki.

Tak, Szczęki. Jeden z najbardziej znanych przeciwników Bonda. Wielki facet który stalową szczęką zagryza ofiary. Filar tego i następnego filmu.

Szczęki jest Polakiem, gdyby ktoś nie wiedział.

Szczęki, wbrew pozorom, to bardzo inteligentny gość. Zastawia pułapki, potrafi wyrolować przeciwnika, i do tego jest niezniszczalny.

Szczęki to chyba jedyny gość, który robi w serii o Bondzie tak epickie rzeczy. Tutaj zagryza na przykład rekina.

Widać też eksperymenty i zabawy z kamerą. Ujęcia i zbliżenia (głównie na naszego Zagryzacza) to coś, czego wcześniej nie było. Szczęki w budce telefonicznej, czy Szczęki w szafie (ciekawostka – żona się wystraszyła).

No dobra, fabuła – Jest taki szaleniec, który chce zniszczyć świat, by ten odrodził się pod wodą.

W tym celu porywa podwodne okręty atomowe, jeden od Ruskich i jeden od Wyspiarzy.

Tym samym Bond musi współpracować z najlepszym rosyjskim agentem XXX, by odkryć co się dzieje.

Nazwa XXX zobowiązuje, więc nasza agentka głównie jest po to, by pokazać nogę i pół cycka. No i po to, by dać się porwać na końcu, w celu rozmnażania się z głównym złym.

Cyckuff jest więcej, bowiem to pierwszy Bond walący sutkami po oczach. Co prawda należą do panienek z gazet porozklejanych na brytyjskiej łodzi podwodnej, ale zawsze.

Oczywiście jest dramat, bo Bond zabija wcześniej chłopaka XXX. Ta mu przyrzeka śmierć. Najwyraźniej wyrok chce wykonać poprzez zachędożenie 007 na śmierć.

– Musimy się tam dostać! – powiedział Bond.
– Ja to zrobię! – powiedział młody komandor o aparycji 15-latka.
I zginął.
Najbardziej rozczarowująca scena w filmie.

Logika w Bondzie: Hej marynarze, widzicie tą podwodną bazę, w którą władowano niesamowicie dużo forsy, która technologicznie wyprzedza wszystko, co do tej pory posiadamy, i na pokładzie znajduje się tylko stara dziadyga i facet cierpiący na gigantyzm? Bez problemu możemy przejąć nad nią kontrolę, ale nie, lepiej to po prostu rozpieprzmy torpedami.

Coś jeszcze?

Pierwszy Bond w którym pojawia się rosyjski odpowiednik M – Generał Gogol.

Pierwszy Bond w którym pojawia się Sir Frederick Gray, Minister Obrony.

Pierwszy Bond, w którym pojawia się pijący turysta.

Była też gra komputerowa, w którą grałem namiętnie na moim Commodore C-64.

Szczęki rządzi.

bond11

11 Bond – Moonraker.

Geneza powstania?

– Ludwik, musimy nakręcić kolejnego Bonda, by mieć grubą kasiorkę.
– No mamy kręcić Albercik “Tylko dla twoich oczu”.
– No ale Ludwiczku mój kochany, ludzie nie chcą klasycznego Bonda, te ludzie jarają się teraz Gwiezdnymi Wojnami, oszaleli na punkcie laserów i walk w kosmosie.
– Och nie, nikt nie pójdzie na “Tylko dla twoich oczu”, musimy mieć inny plan…
– A może Bond w kosmosie?
– G E N I A L N E! Zmiana planów, twórzcie na szybko coś o lataniu w kosmosie, “Tylko dla twoich oczu” poczeka. Lasery, wybuchy i strzelanie do małych celów! Jazda do roboty! Liczmy już grube miliony.
– A szefie, ale tam na końcu Luke musi trafić w coś małego.
– To Bond trafi jeszcze w coś mniejszego!

Największy grzech tego filmu – jest wtórny. Ja rozumiem, są pewne elementy które muszą się powtarzać, i trudno nie odnieść się, czy być oryginalnym w stosunku do poprzednich 10 filmów. Ale ten film opowiada prawie dokładnie tą samą historie, co “Szpieg który mnie kochał”.

Tu i tu jest bogaty milioner; tu i tu chce zniszczyć całą ludzkość; tam chce odbudować cywilizację pod wodą, tutaj w kosmosie; pierwszy zagryza kobiety rekinem, drugi psami; pierwszy i drugi wynajmuje Szczęki, by ten zabił Bonda; w jednym i drugim Bond współpracuje z agentką innego wywiadu; w obydwóch Bond wyjeżdża czymś z wody, i mamy scenę z pijącym turystą (bodajże asystent reżysera); w obydwu filmach muszą rozpierdolić wielką bazę; no i na końcu wszyscy muszą oglądać pieprzącego się Bonda.

Czyli film zyskuje, jeżeli nie widziano poprzedniej odsłony.

Piosenka otwierająca film jest najnudniejszą i najbardziej usypiającą jaką do tej pory słuchałem oglądając Bondy.

Tak, powraca Szczęki. Dostał jeszcze większą role, jak i dostał więcej komizmu. Ale dalej to sprytny facet, który z powodu siły ma czasami pecha. Przeżywa jeszcze więcej niesamowitych sytuacji, epicznie przegryza metalową linę na której utrzymuje się kolejka górska (!!!), i znajduje sobie dziewczynę i się nawraca na dobro. Awww…

Aktorka która wciela się w postać Dolly (dziewczyna Szczęki) ma taki sam wzrost, jak żona Kiela (aktora grającego Szczęki).

Jak powszechnie wiadomo (albo i nie), partnerem z CIA dla Bonda był zawsze Felix Leiter. No ale, że 30 lat przed Genderem trudno było pokazać Bonda w łóżku z innym facetem, dostał więc partnerkę z CIA, której nazwisko jak zawsze u Bonda jest seksualnie dwuznaczne (Goodhead).

Należy jednak zauważyć, że pani Goodhead jest bardziej zaradna, niż Agentka XXX z poprzedniej odsłony. I ma własne zabójcze zabawki.

Bond dostaje właściwie tylko strzelający zegarek, jeżeli chodzi o gadżety.

I supermotorówkę, którą rozpieprza po 5 minutach.

Główny zły (Hugo Drax) miał nawet nieźle zrobioną scenę z przedstawieniem go, dopóki kamera nie pokazała twarzy. Jakoś tak… Czułem się rozczarowany jego aparycją.

Nim Drax wynajmuje Szczęki, ma innego człowieka od mokrej roboty. Gościu nazywa się Chang, ale my go znamy jako video-blogera o ksywie Cyber Marian.

Plan Draxa jest prosty – wybić ludzkość przy pomocy starożytnej rośliny, a w kosmos wywieść wszystkich młodych porno-aktorów ze Szwecji, by się rozmnażali.

GroupShot5

Niestety, pożycza jeden swój wahadłowiec USA, ale okazuje się, że nie, że jednak go potrzebuje, więc go kradnie. Jakby nie mógł przesunąć planu o 6 miesięcy, albo zerwać umowy… #logikafilmówporno

Jest to chyba pierwszy Bond z tak chamskim lokowaniem produktów, przynajmniej pierwszy w którym mi się to tak rzucało w oczy. Lista sponsorów na końcu była długa, więc nie dziwią jednak te wszystkie 7up czy Seiko wyskakujące co chwila na ekranie, niby tak mimochodem.

Film do tej pory ma Rekord Guinnessa, jako “największa ilość użytych Zero Gravity Wires w jednej scenie”.

I na kłoniec się strzelajom loserami, ło jakie to zajebiaszcze, ło…

bond12

“Tylko dla twoich oczu” zaliczone.

To dwunasty Bond, piąty z Rogerem Moorem.

Na początku filmu postanowiono całkowicie i definitywnie rozwiązać sprawę z Blofeldem. Bond ostatecznie spuszcza swojego Nemezis do komina, robiąc mu po łysince “Benny Hilla” na pożegnanie.

Tak, miał być Szczęki i jego ślub z Dolly. Ale postanowiono zrobić poważny film. Dranie.

Pożegnaliśmy wielkich geniuszy-magalomaniaków chcących zniszczyć świat. Tym razem mamy zwykłą sprawę szpiegowską i chęć zarobienia kupy kasy.

Pierwszy Bond, gdzie okazuje się, że “główny zły”, to jednak nie “główny zły’, ale ten co miał pomagać, to jest “główny zły”. Tak, mamy pierwszego Bonda z Wielkim Twistem w Zmianie Głównego Złego.

Zabawek Bond ma jakoś mało.

Ma Lotusa znanego ze “Szpiega który mnie kochał”. Ale się wysadza. Później Bond dostaje drugiego Lotusa, dla odmiany czerwonego.

Zegarek Bonda już nie drukuje smsów na metalowej taśmie, tylko je wyświetla. Technika poszła do przodu.

Kelnerzy nagrywają. “Sowa i Przyjaciele” historia prawdziwa.

Melina Havelock to pierwsza chyba tak kompetentna bohaterka w Bondzie. Żyje dla zemsty, strzela celnie z kuszy, a nawet ratuje (o mój borze zielony) dupę Bondowi.

Ale chyba nie będzie dużego spojlera, jeżeli napiszę, że na końcu uprawiają seks?

O tyle to zabawne, że człowiek był przygotowany na już oklepany koniec oglądania wygibasów Bonda przez wszystkich jego przełożonych. Wyjątkowo, film strollował widza w tym momencie.

W filmie pojawia się Margaret Thatcher. Znaczy aktorka ją udająca, by nie było. Znaczy, nie, nie zostaje ona dziewczyną Bonda.

Co do dziewczyn Bonda, są jeszcze dwie.

Pierwsza obowiązkowo ginie po seksie z Bondem.

Druga wyglądająca na napaloną 15-latkę została spławiona przez Bonda. Phi, też mi poziom moralność. Bond gwałcący (Goldfinger) i szantażujący (Operacja Piorun) nagle dostał oporów, przed najbardziej chętną na niego dziewczynę, jaka pojawiła się w filmach.

W ogóle jakiś miękki zrobił się ten James. Mógłby sobie na czole wytatuować “Nie zabijaj”.

Nie, serio. Bond zabijający ludzi, których mógłby bez problemu aresztować (właściwie do tej pory okazał tylko litość Nick Nackowi), przy Melinie zamienia się w jakiegoś buddyjskiego myśliciela, rzucającego mądrościami pokroju “szykując zemstę wykop dwa groby”.

Co pewnie tłumaczy, że jak zranili kolesia, to go pięknie szybko opatrzyli.

Przeciwnicy Bonda to prawie zwykli ludzie. Kristatos to człowiek interesu, milczący Locque wygląda złowieszczo (i przypomina nowego Q z restartowanej serii o Bondzie), Kriegler wpisuje się zaś dobrze w spis blond adonisów (zapoczątkowanych przez Red Granta w “Pozdrowienia z Rosji”).

Scena ucieczki małym Citroenem fajna.

Scena z trzema mordercami hokeistami pomysłowa.

40 minut filmu w drugiej połowie to jedna dłużyzna, można przespać spokojnie.

A najbardziej rozwalająca scena, to ta ze wspinającym się Bondem.

Bond się wspina, lezie, idzie po tej cholernej ścianie. I lezie, i lezie… I już ma wejść! A tu gościu kopie go w twarz i Bond to co wlazł, to spadł. No to dalej lezie i się wspina. Co robi ciołek, który go kopnął? Biegnie do pozostałych i krzyczy, że mają intruza! Znaczy tak zrobiłby każdy normalny koleś, ale ten nie, musi przywiązać line, i zejść sprawdzić co się dzieje z Bondem. No to Bond się wspina, a ten mu zaczyna odbijać kolejne śledzie ze ściany. Cała sekwencja więc wygląda jak jakaś durna scena QTE. My szybko klikamy by się wspinać, a tam koleś odbija kolejne śledzie…

A tak, mamy Q przebranego za jakiegoś popa, oraz używającego super komputera identyfikującego ludzi z całego świata. Przemilczę tę scenę pokazującą technologiczne możliwości komputerów w 1981 roku.

I znowu – chcesz zabić Bonda, to go zabij. A nie wlecz za motorówką na linie, z nadzieją że go może jakiś rekin zeżre.

Bo rekiny przy Bondzie nie myślą logicznie. Po cholerę maja płynąć do krwawiącego agenta 007, który siedzi już w tej wodzie 10 minut, lepie się rzucić na przypadkowego gościa, który wpadł do wody 3 sekundy wcześniej.

I nie rzuca się Bondem o Jezuska, bo to przynosi śmierć rzucającemu.

Polski akcent. Generał Gogol leci helikopterem z napisem “PZL Świdnik”.

Pierwszy Bond bez M (możliwe, że jedyny). M jest tylko wspominany. Powód? Aktor Bernard Lee zmarł niestety, i postanowiono chwilowo nie dawać nowego aktora na jego miejsce.

O Bondzie słów chaotycznych kilka (filmy 5-8)

Kontynuacja chaotycznego cyklu o Bondach z Facebooka.

bond5

Piąty Bond za nami, “Żyje się tylko dwa razy” zaliczone. Czyli czas na kilka krótkich spostrzeżeń.

To ten film który najwyraźniej trafił na amerykański boom fascynacji wszystkim co japońskie. Mamy wiec zapaśników sumo, panienki w kimonach, japońskie łaźnie, Toyotę, typowych japońskich bandytów, i typowe japońskie bieganie grupowe. Jakkolwiek to ostatnie brzmi stereotypowo, to oglądając dowolny film z Japończykami z lat 60-80 dochodzi się do tego samego spostrzeżenia. Mają swój specyficzny rodzaj biegania jak są w grupie. Bond wyjatkiem nie jest.

No i są ninja. Sam Bond dostaje mega szkolenie ninja. I przebiera się za ninja. Chociaż dla mnie on to bardziej kitowca z Power Rangers przypominał. No ale poszliśmy za daleko, więc może po kolei.

Film zaczyna się od kosmicznej sceny z efektami specjalnymi, które dzisiaj wstyd pokazać. W ogóle główna rakieta sił zła łamie wszystkie możliwe prawa fizyki, ale być może po prostu się nie znam. A później Bond ginie. Wyjątkowo w zabawnej scenie.

A później go wskrzeszają i przemyca się do Japonii. Jeżeli ktoś z polskich otaku chce powtórzyć ten wyczyn, to musi dać się wystrzelić z luku torpedowego z łodzi podwodnej.

Bond dostaje od Q mały bojowy helikopter, którym rozwala takie prawdziwe helikoptery. Marek Biliński wykorzystał te eksplodujące helikoptery w “Ucieczce z tropiku” (jak i kilka innych scen z Bondów).

Od japońskiego odpowiednika M (zwanego Tygrysem), Bond dostaje rakietowy papieros.

Jeżeli każesz zabić kogoś, po prostu powiedz człowiekowi od mokrej roboty by pociągnął za spust. Niech nie wymyśla planu o tym, jak rozwiąże pojmanego Bonda, uda że go pragnie, pozwoli mu uciec w samolocie, a później uszkodzi samolot i wyskoczy na spadochronie, mając nadzieję, że Bond się w tym samolocie rozbije. Uff… Sam tego nie rozumiem.

Co do pragnień, pierwszy (ciekawe czy jedyny) Bond, w którym facet mówi do Jamesa “Kocham cię”.

Bonda przerabiają na Japończyka. Nie wygląda jak Japończyk. Wygląda jak (za przeproszeniem) nieślubny pomiot Pana Spocka i Cezarego Pazury.

japan

Poznajemy twarz rąk, które głaszczą kotka (ło matko, ale to zdanie brzmi). Było to rozczarowujące przeżycie.

blof

Biedny kotek w jednej scenie wyglądał, jakby miał się posrać ze strachu.

Jeżeli stworzę maszynę do szerzenia zła, nie zamontuję przycisku do jej zdalnej detonacji. Jeszcze Bond by go nacisnął, i co by było.

Główna zła maszyna wybucha 005 sekund przed osiągnięciem celu. A nie mogli znowu dać na 007 jak w Goldfingerze?

Ręce, które głaszczą kotka (czyli Ernst Stavro Blofeld) ma chyba manię natręctw. Chyba nie potrafi się powstrzymać od zabijania swoich ludzi.

Główny pomagier nazywa się Hans. Najwyraźniej przeszedł te samo szkolenie, co Donald “Red” Grant z drugiego bondowskiego filmu. Podobna wytrzymałość, aparycja i siła. Szkoda, że walka z nimi była krótka.

Jeżeli Bond prześpi się z jakąś kobietą, duża szansa, że ona zginie. Lady-killer nabiera dosłownego znaczenia.

Kobieta wyruchała Bonda. A on myślał, że jest taki sexy.

Mało jakoś humoru.

Nudnawy.

Goldfinger dalej najlepszy.

bond6

“W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” to szósty Bond. Zaliczony, oczywiście.

George Lazenby zastąpił Sean Connerego.

George to jedyny aktor który wcielił się w Bonda tylko raz. I jedyny jaki nie był Brytyjczykiem.

IMO George jest mało przystojny, ale ponoć był modelem. Przy zbliżeniach jego twarz kojarzyła mi się z rzeźbami z Wysp Wielkanocnych.

George tak samo skutecznie bije kobiety po twarzy, jak Sean Connery. Kobieta jest przyzwyczajona, bo jej tatko też ją bije po twarzy. Kobieta kocha Bonda i tatka. Wyjątkowo Bond kocha też Kobietę.

Pierwszy Bond, w którym 007 mówi do kobiety, że ją kocha (epizodu z hasłem w “Żyje się tylko dwa razy” nie liczę).

Bond się żeni.

Bond staje się wdowcem. I chyba wariuje.

Pierwszy Bond, w którym 007 płacze.

Pierwszy Bond, w którym Miss Moneypenny płacze.

Pierwszy Bond, w którym Bond pokazuje, że ma ochotę na Miss Moneypenny. Wcześniej, to ona chciała go zaciągnąć do łóżka, ale Sean Connery był twardy (mówił, że nie może, bo M mu jajca utnie, czy coś w ten deseń).

Miss Moneypenny koncertowo trolluje Bonda. To trzeba zobaczyć.

Bond nie dostaje żadnych niesamowitych zabawek, a Q zalicza występ dopiero pod koniec filmu.

Bond ma pomocnika, który kojarzy mi się z Kazikiem Staszewskim. Rola pomocnika polega na byciu milczącym blondynem. Jak się odzywa, to ginie.

Bond to takie duże dziecko. M mu mówi – odsuwam cię od sprawy. Na to Bond – no i chuj, no i cześć, idę se.

Ach te przypadki, rozmowa Bonda i z Pimpem-przyszłym-teściem:
Draco: Te, Bond, weź poobracaj moją córkę i hajtnij się z nią.
Bond: Nie
Draco: Ty, dam ci milion funtów.
Bond, Nie, spierdalaj.
Draco: Nie przekonam cię?
Bond: Wiesz, właściwie to szukam od dwóch lat takiego jednego Blofelda, przepadł jak kamień w wodę i nie wiem gdzie szukać.
Draco: Ty, Stavruś to mój ziomek od kielicha, wpada na imprezki do mnie!
Bond: Nie pierdol, tato! Kocham cię, tato!

Nawiązania do poprzednich filmów. W openingu podziwiamy sceny z poprzednich 5 filmów. Bond przegląda gadżety z poprzednich filmów – nóż z “Dr No”, zegarek z “Pozdrowienia z Rosji” i mini-aparat do oddychania z “Operacji Piorun”.

Co do openingu – nie ma piosenki tytułowej.

Bond ma sojusz z Unione Corse. Kto to zaś, niech erpegowcy sobie pogooglają, poszukają, poczytają, bo to dobra alternatywa dla Mafii/Triady/Yakuzy.

Montaż leży i kwiczy. Zwłaszcza większość sekwencji walk wręcz. Taki chaos sytuacyjny, przeskoki, i ujęcia skaczące od klatki do klatki, powodują u mnie uśmiech na twarzy. Typowa walka wygląda tak: Bond przy łódce, rzuca się na niego koleś, koleś dostaje w zęby, koleś leci, koleś z Bondem są już 100 metrów dalej od łódki, koleś wstaje, Bond z kolesiem są znowu jakimś cudem przy łódce, koleś dostaje kolejnego kopa, i wywala się 150 metrów dalej (do morza), koleś jednak znowu wstaje, a Bond jest już przy nim, i wrzuca go do łódki, tej samej do której sekundę temu mieli ze 150 metrów odległości.

Dźwiękowcy też dali czadu. Dlaczego, gdy Bond kopie, to odgłos jest, jakby strzelał z shotguna? Ma rakietowe nogi, czy jak?

Ciekawostka. Bond udaje szkota i chodzi w kilcie. Kiedy udaje szkota, podkłada mu głos inny aktor.

Jako główny zły powraca Ernst Stavro Blofeld. W tej roli Kojak czyli Telly Savalas. I jest to duży skok jakościowy w porównaniu do poprzedniej odsłony tego super-łotra.

Kojak… tfu… Ernst nie tylko się rozrósł, zmężniał, pozbył się blizny, przeszedł też szkolenie komandosa, i chyba był kilka razy u psychoanalityka, bo jakoś się powstrzymuje od mordowania swoich ludzi na lewo i prawo.

Pierwszy Bond, w którym super-łotr wyjawia 007 cały swój plan.

A plan jest prosty. Kojak przewiduje, że będzie musiał pracować do 67 roku życia, chce więc szantażem na ONZ wymusić swoją wcześniejszą emeryturę. Potrzebuje do tego stada napalonych alergiczek.

Bond oczywiście zalicza wszystkie alergiczki, mimo że kocha on Kobietę. No ale wytłumacz to napalonym alergiczkom.

Kojakoblofeld też pragnie Kobiety. I tytułu hrabiego.

Główny pomagier Blofelda to kobieta w starszym wieku, która dobrze pruje z karabinu. I nawet przeżywa ona film. Ciekawostka – aktorka zmarła zaraz po premierze tego filmu, był więc to ostatni film Ilse Stepad.

Pierwszy Bond ze sceną gore.

Film od połowy to jeden wielki pościg. Najpierw na nartach (Bond gubi jedną nartę, wymyśla więc snowboard), później samochodami na torze wyścigowym, później znowu na nartach, później bobslejami.

Kukła udająca spadającego w przepaść kolesia ma pozycję jak Małysz. I tak 400 metrów. Kukły z Benny Hilla lepiej spadały.

Jak w każdym Bondzie do tej pory, tak i w tym, jeżeli samochód tych złych się przewróci, to wybucha. Moja teoria jest taka, że każdy zły wozi kilo trotylu w bagażniku, by w razie wpadki, pozbyć się śladów. I siebie przy okazji.

Ale o dziwo, mimo wszystko, lepszy film jak dla mnie, niż “Dr No” i “Żyje się tylko dwa razy”.

bond7

“Diamenty są wieczne” to siódmy Bond z Eon Productions.

Powrócił Sean Connery, był to jego ostatni występ w Eonowych Bondach.

Widać, że Sean posunął się w latach.

Ale dalej skutecznie wali po twarzy kobiety, które i tak ochoczo wskakują mu do łóżka.

Film zahacza o USA, wiec powraca znowu Felix, czyli jak napisałem gdzieś tam wcześniej, ten gość, na którego widzowie nie zwracają uwagi.

Głównym przeciwnikiem jest znowu Ernst Stavro Blofeld, którego Bond chce zabić z powodów już bardzo osobistych. Zmienia się aktor, i tak odchodzi Kojak, a wskakuje na jego miejsce Charles Gray. Yep, ten sam gościu, co grał jednonogiego łącznika w “Żyje się tylko dwa razy”. Czyli siedzimy i patrzymy na gościa, i się zastawiamy, gdzie widzieliśmy tego ryja.

Nowy Blofeld jest jeszcze inny, niż pokazywały poprzednie odsłony. Nienaturalnie sztywny, wyprostowany, szeroki w barach, wyrosły mu też włosy. Jak urósł 50 centymetrów od “Żyje się tylko dwa razy” jest tajemnicą Hollywood.

Blofeld jest zabijany przez Bonda 2 i pół razy w tym filmie.

Blofeld jakoś tak stracił na sprawności fizycznej. Po wyczynach Kojaka, ten tylko głównie stoi sztywno. Nawet jak ucieka, przypomina to świński trucht.

Pierwszy Bond, gdzie Blofeld przebiera się za kobietę. To już drugi raz członkowie Widma są tacy… Podstępni.

Bond to osoba, której Blofeld w pierwszej kolejności chciałby wyjawić swój plan. Nie robi jednak tego, gdyż jak sam stwierdza, jest już późno.

No i oczywiście Blofeld nie może tak po prostu zastrzelić Bonda, to by było za proste. Efekt oczywisty – Bond ucieka. Stary Blofeld sam siebie wrzuciłby w tym momencie pewnie do jeziora z piraniami, bo by zawiódł Widmo.

Pojawiają się w końcu charakterystyczni pomagierzy sił zła.

Pan Wint i Pan Kidd definitywnie są tym, co najlepsze w tym Bondzie. Ta homoseksualna para pomysłowych zabójców, rozmawiająca ze sobą w charakterystyczny sposób, mogą śmiało stanąć obok Oddjoba.

killers

A ich rozmowy wyglądają jakoś tak:
– Jeżeli nie uda się za pierwszym razem, Mr. Kidd.
– Trzeba próbować dalej, Mr. Wint.

No cóż, problem polega na tym, że ich chęć zabijania w wyjątkowy sposób, spowodowała, że dwa razy skutecznie nie zabili Bonda.

Dwie epizodyczne pomagierki zła które skutecznie leją Bonda, czyli Bambi i Thumper (Tuptuś w polskim tłumaczeniu), też są niczego sobie.

Co mi przypomina – pierwszy film, w którym 007 dostaje cios w jaja.

Jeżeli ktoś myśli, że różowy krawat to wymysł genderu, to może poczuć się rozczarowany, ale męski patriarchalny mizoginistyczny Bond chodzi w różowym krawacie.

Strzelanie na wysokich obcasach z karabinu to jest zawsze zły pomysł.

Bond nie używa jakiś fajnych zabawek. Ale mamy za to centrum obserwacyjne, gdzie siedzi się na klopie.

No dobra, Q wymyśla sobie przyrząd do oszukiwania jednoręcznych bandytów., a Bond bawi się w Spidermana, oraz popindala kosmicznym łazikiem.

Końcówka to prawie film wojenny.

Na siedem obejrzanych Bondów, ten zajmuje zaszczytne miejsce po Goldfingerze w mojej hierarchii (co nie powinno mnie zdziwić, skoro reżyserem był ten sam koleś, co przy Goldfingerze).

bond8

“Żyj i pozwól umrzeć”. Ósmy Bond, nowy aktor. Czyli pora na kilka luźnych przemyśleń, jak zawsze.

Bond się odmłodził, Miss Moneypenny nie, czyli chwilowo zrezygnowano z pokazywania umizgów z podmamusiałej sekretarki do odświeżonego Bonda.

Najwyraźniej wielkie dywany z klaty chyba przestały być modne. Roger Moore nie posiada animalistycznego futra, jak poprzednicy. Jego klatka jest gładka jak pupcia niemowlęcia.

Młody Moore z gry i zachowania przypomina mi trochę Cezarego Pazurę.

Moore ma jakoś tak więcej w sobie z dżentelmena. Sam nie wiem, dlaczego Bond Seana Connerego był nazywany dżentelmenem. Był chamskim i bezczelnym trollem, i maniery goryla na potrójnej dawce Viagry.

Chwilowo Moore nie bije kobiet po twarzy, tylko grzecznie im grozi, że je zastrzeli.

Moore zamienił papierosy na cygara.

Moore dalej jest nachalny dla bab, ale rezygnuje po stanowczym nie. Chociaż stanowcze nie tutaj brzmiało: “Jak mnie tkniesz, to wezmę cyjanek”.

Bond tutaj walczy z Afroamerykanami. Ale by pokazać, że nie jest rasistą, zaciąga czarną dziewczynę do łóżka.

W ogóle początek jest taki: Idą smutni zapłakani czarni. Czarni zabijają białasa. Czarni się radują.

I motyw przewodni. Coś żywego i wpadającego w ucho.

Q jakoś nie zawitał na ekranie, chociaż był wspomniany.

Jedyną super-zabawką Bonda był magnetyczny zegarek. Ale używał go często i gęsto.

No dobra, jeszcze te pociski na rekina…

Pierwszy Bond w którym są jakieś nadprzyrodzone moce. Są nimi tutaj Voodoo i Tarot.

A Tarota stawia dziewicza i młodziutka dr. Queen, czyli 22-letnia wówczas Jane Seymor.

Ale chachar Bond odbiera jej moce, bo zaciąga ją do łózka. Ale i tak tego nie żałowała.

Akcja znowu w Ameryce, więc wraca Felix. Też odmłodzony.

Wraca Quarell, czyli ten zabity pomocnik Bonda z Dr. No. Tak bywa, kiedy robi się ekranizacje książek nie chronologicznie i ustawia się chronologię na nowo. twórcy wymyślają sobie więc, ze nowy Quarell jest Quarellem Juniorem, synem tego z Quarella z Dr. No.

Czarne charaktery (niach niach niach, rasist joke) są zajebistą fajną zbieraniną.

Główny zły to podstępny premier z Karaibów, który przebiera się za szefa Gangu w USA. Przypominam, że wysoko postawieni przedstawiciele Widma do tej pory przebierali się tylko za kobiety.

Śmierć głównego bossa przemilczmy.

Plejada pomagierów to:
– wiecznie uśmiechnięty Tee Hee Johnson, któty ma stalowe szczypce zamiast jednej ręki.
– Whisper (Szeptuś w polskiej wersji), który tylko szepcze.
– Baron Samedi, który udaje że jest Baronem Samedi.
– i jakiś normalny gościu, który wysadza się na łodzi.

Dużo nawet akcji, humoru (nawet wsiurskiego, vide szeryf), trollerskich dogaduszek Bonda (które tak jakoś słabo pasują do facjaty Moora). Moore wydaje się sympatyczniejszym i fajniejszym Bondem, niż Sean. Ale zobaczymy, co będzie dalej.

Jako Bond, to dobry film, śmiało może stanąć w moim rankingu obok Goldfingera.

[Recenzja] Ryuutama

photo-original

“Ryuutama” to japoński system RPG, który został przetłumaczony i wydany dzięki udanej zbiórce na Kickstarterze. Za tłumaczenie odpowiada Andy Kitkowski, czyli człowiek który w bólach i męczarniach przetłumaczył i wydał “Tenra Bansho Zero”. Przynajmniej “Ryuutama” nie musiała czekać 10 lat, by ujrzeć światło dzienne w języku angielskim.

“Ryuutama” to system dosyć specyficzny, posiadający wiele różnych rozwiązań mechanicznych, nie spotykanych w innych systemach. Ale po kolei.

ZAŁOŻENIA

Jest sobie świat, gdzie panuje pewien zwyczaj. Każdy człowiek chociaż raz w życiu musi tutaj wyruszyć w daleką podróż. Każdy chociaż raz w życiu staje się “Wędrowcem”.

Grupy Wędrowców przemierzają świat wzdłuż i wszerz, i w każdym miejscu są mile widziani. Niektórzy wyruszają tylko raz, i po roku lub dwóch latach wracają w rodzinne strony. Inni wyruszają kilka razy w życiu. inni zaś, postanawiają spędzić całe życie w drodze.

Wędrowcami są bohaterami graczy. Nie są jednak skazani na samotną wędrówkę. O nie, nic z tych rzeczy.  Każdą taką grupą opiekuje się smok, “Ryuujin”. Zazwyczaj obserwuje ich z boku, czasami jednak musi interweniować, by pomóc Wędrowcom. W zamian zdobywa “Dzienniki Podróży”, którymi karmi Smoki Pór Roku, dzięki czemu one rosną (tak, jest kilka rodzajów smoków, te związane z porami roku żywią się tylko “Dziennikami Podróży”, czyli opowieściami o podróżach naszych bohaterów.

Czyli tak to wygląda. Grupki Wędrowców wyruszają by przeżywać przygody, opiekuje się nimi Ryuujin, który w zamian zyskuje specyficzny pokarm dla innych smoków. Warto tu dodać, że Ryuujin to nie jest zwykły enpecet, tylko… Postać Mistrza Gry. Tak, MG ma swoją postać, która też się rozwija, zdobywa nowe zdolności i… Może zginąć.

kronika

O OPRAWIE SŁÓW KILKA

System jest japoński, więc oczywiście oprawa jest mangowa. Jeżeli ktoś ma na to uczulenie, to sorry, taki ma gra klimat. Grafiki w większości przypadków są czarno-białe, rysowane w dosyć specyficzny sposób (mieszanina kawai i chibi, czy jakoś tak). Ten brak nosków na twarzach osobiście bardzo kojarzy mi się z serią gier “Final Fantasy Tactics”. Natomiast rysunki smoków to śliłaczna wariacja na temat Pokemonów. Jedyne na co grymaszę, to brak rysunków potworów w bestiariuszu. W podręczniku przeważają strony w stonowanych łagodnych kolorach, gdzieś pomiędzy jasnym zielonym, a jasnym żółtym. Co dobrze oddaje fakt, że system nie jest o paleniu heretyków, o cierpiętniczej wiecznej egzystencji, albo o wypierdoleniu trzech magazynków w szarżującego robota bojowego, tylko o podróżowaniu.kaboom

KIM GRAĆ, PANIE PREMIERZE?

System graczom oferuje 7 klas, przy czym trzy z nich (rzemieślnik, rolnik i arystokrata) nie są polecane dla początkujących graczy. Pozostałe cztery klasy to myśliwy, minstrel, uzdrowiciel i handlarz.  Gracz musi wybrać następnie Typ Postaci z trzech dostępnych – Bojownik, Fachowiec i Mag. Każdy Typ Postaci daje oczywiście inne premie. I na koniec jeszcze trzeba przedzielić punkty na cechy. Cech jest 4 (Siła, Zręczność, Inteligencja i Duch), a przydzielanie punktów polega na wybraniu jednego z trzech zestawów liczbowych (średni, normalny i wyspecjalizowany), i dopasowanie ich według własnych potrzeb. Jeszcze tylko kilka cech pobocznych i ekwipunek (w tym broń), i można grać.

Każda klasa ma swoje trzy specyficzne umiejętności. Osobiście bardzo kojarzą mi się z pierwszą edycją “Warhammera”, gdyż bardziej jest to mieszanina klasycznych umiejętności, jak i zdolności specjalnych. I tak uzdrowiciel może zbierać zioła, rolnik utrzymywać za darmo więcej zwierząt, a minstrel tworzyć pieśni.

Typy postaci pozwalają na dalszą specjalizacje. Bojownik lepiej walczy i dłużej żyje na placu boju, Fachowiec więcej dźwiga i lepiej się koncentruje na robocie, a Mag… Ma dostęp do czarów.

Magia dzieli się na dwa rodzaje (obydwie zna Wędrowiec chcący pałać się czarami)- Magia Zaklęć i Magia Pór Roku. Pierwsza to tradycyjna magia, którą trzeba się nauczyć, i której zaklęcia trzyma się w księdze. Druga to magia wrodzona, każdy potencjalny Mag wybiera sobie jedną z pór roku, i z biegiem czasu poznaje nowe zaklęcia dostępne dla tej szkoły magii. Czary zaś dzielą się jeszcze na zwykłe (rzucane natychmiastowo) i rytuały (które trzeba odprawić poświęcając odpowiedni czas).

Słów kilka o czarach – nie znajdziecie tutaj czarów w stylu “pół megatony” czy “trotylem i napalmem” (Sapkowski style). Większość czarów robi drobne rzeczy, albo pomaga w podróży. Można sobie oczyścić ubranie, postawić mały domek na noc, zbudować tęczowy most (i szybko przebiec po nim, nim spłonie), czy przywołać pułapkę na komary. Jasne, jest kilka czarów bojowych, ale te potężniejsze są bronią obosieczną. I tak, jest też czar który przywołuje bestiariusz (zwany tutaj Draconica), i pozwala przeczytać opis potwora prosto z podręcznika. I nie jest to pierwszy i ostatni przykład łamania czwartej ściany w tym systemie. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Oczywiście, Mistrz Gry też musi stworzyć swoją postać. I to chyba jeden z najlepszych aspektów w tej grze.

Postać MG to jak wspomniałem Ryuujin, czyli smok w trzech postaciach. Pierwsza postać to smok jak smok. Wielkie bydle w klasycznym wydaniu. Druga to piękny człowiek z rogami i skrzydłami. Trzecia zaś to kamuflaż, i może nasz smok wyglądać jak wiewiórka, pies, starzec, piękna niewiasta (albo brzydka), lub dziecko (loli time!). Czy co tam MG sobie wymyśli.

Kolejny krok, to typ smoka. Jest ich cztery, każdy ma inne zdolności, i każdy skupia się na innych aspektach. Ba, wybór smoka ma też czasami wpływ na drużynę, bowiem MG może narzucić typ grupy.

Różne smoki mają dostęp do różnych artefaktów (wybierają jeden z trzech dla danego typu dostępnych) i do różnych mocy specjalnych (zwanych tutaj Bénédiction, każdy smok ma swoje trzy specyficzne zdolności i dostęp do neutralnych).

Zielone Smoki są patronami podróży i są zalecane dla początkujących MG. Jako artefakt mogą mieć na przykład Encyklopedię (gra się wtedy zgodnie z zasadami, żadnych odstępstw) albo Sekstans (MG może wprowadzić zasady domowe). Mogą przydzielać PD tym graczom, którzy piszą dziennik z sesji.

Lazurowe Smoki są patronami młodości i miłości. Mogą utrzymać przy życiu dłużej Wędrowców (Magiczny Kryształ), albo z nimi wędrować pod swoją trzecią postacią (Maskotka). Mogą otoczyć też protekcją osoby zakochane.

Szkarłatne Smoki to wojownicy. Mogą zdecydować, że Wędrowcy wykonują misję dla armii (Włócznia), albo podczas walki stworzyć więcej Obiektów (o tym później) (Wielki Miecz). Mogą też wskrzesić zabitego Wędrowca.

Czarne Smoki to… Trochę mroczne byty, patronują tajemnicom, ale i morderstwom. Ten typ jest zalecany tylko dla bardziej doświadczonych MG, gdyż potrafią nie tylko pomagać, ale też szkodzić Wędrowcom. Jeżeli Czarny Smok zdecyduje się na Kielich, to każdy Wędrowiec ma mroczną przeszłość. Natomiast Sztylet pozwala raz na Podróż zabić dowolnego jednego Niezależnego Bohatera. I te smoki pomagają tym, którymi kieruje nienawiść i chęć zemsty.

Jak widać typ smoka, ma dosyć dużo konsekwencje na prowadzoną kampanię. Warto więc przemyśleć dobrze swój wybór, drogi MG.

0dccfb5d92e61cf6a65be519257cf4f7_large

O SMOKU SŁÓW JESZCZE KILKA

Ryuujin jak widać, to bardzo ważna persona. Nie jest to jednak żaden szef Wędrowców. Za wyjątkiem działania kilku artefaktów, nic nie narzuca Wędrowcom. Również nie jest od tego, by dawać questy. Nie jest też od tego, by rozkazywać. I nie jest też od tego, by być gwiazdą (tyczy się to Lazurowych Smoków, które zdecydują się podróżować z Wędrowcami). To obserwator, który czasami może pomóc swoim podopiecznym. Ale każda pomoc, może mieć swoją cenę.

Ryuujin posiada Punkty Życia, dzięki którym może częściej aktywować swoje moce. Walka kończy się Totalnym Zabiciem Drużyny? Może zapłacić Punktami Życia, by cofnąć walkę do pierwszej rundy.

Ale też może używać swoich mocy, by przeszkodzić drużynie. MG chce by specyficzny BN uciekł przed graczami? Musi aktywować “Uciekinier”. Jakiś BN zginął, ale chcesz go wykorzystać trzy sesje później? Proszę bardzo, tylko musisz aktywować “Znowu się spotykamy”.

Jak widać, w przeciwieństwie do innych systemów (przynajmniej większości systemów mainstreamowych), MG nie jest wszechmocny i wszechpotężny, i musi przestrzegać zasad.

Należy tu wspomnieć o jeszcze innym rodzaju zdolności, dostępnych później dla Ryuujina. Nazywają się one Réveil i służą tylko jednemu celowi – ratowania tyłka Wędrowcom. Smok płaci koszt w PŻ, pojawia się w swojej prawdziwej smoczej postaci przed drużyną… I pomaga odnaleźć drogę, daję wodę i jedzenie na trzy dni, albo bierze obrażenia przeznaczone dla drużyny na swoja klatę. Im większa pomoc, tym więcej musi Smok z siebie dać.

crimson

CHOĆ, POMALUJ MÓJ ŚWIAT

Nie ma świata. Ten tworzony jest przez graczy i MG. Łącznie z miastami. Chcecie mieć płaski świat na grzbiecie praojca smoka? Panuje pokój i miłość? A może wielki demoniczny król rządzi światem? Wszystko zależy od grających. Proste zasady i karty świata i miast ułatwiają to.

PODRÓŻE PANA KLEKSA I INNA MECHANIKA

Tak, podróże są najważniejszą częścią tego systemu. To właśnie podróże generują najwięcej Punktów Doświadczenia, i im trudniejsza podróż, tym więcej pedeków. Przed wyruszeniem w podróż, należy sprawdzić jak się drużyna wyspała (niewyspana drużyna jest bardziej podatna na zatrucia, choroby czy zwichnięcia), później należy sprawdzić jak minęła podróż (czy nikt nie ucierpiał), sprawdzić, czy drużyna nie zabłądziła (i czy znowu nie jest w miejscu, w którym zaczęła podróż), i czy na samym końcu dobrze rozbiła obóz. Z jednej strony proste, z drugiej niebezpieczne, że sesja zamieni się w beznamiętne rzucanie kościami. Kilka uwag w podręczniku jednak się znajduje, co wtedy zaradzić.

Podstawy mechaniki są proste – zawsze rzuca się dwiema kościami. Wybiera się dwie cechy (można wybrać dwa razy tą samą cechę), ich wartość (startowo 4, 6 lub 8) określa, jaką kością się rzuca. Dwie jedynki to totalna porażka. Dwie szóstki, lub dwa najwyższe możliwe wyniki na kościach to zawsze krytyczny sukces (na 2k4 musisz mieć 4 i 4 by mieć krytyka; na 2k8 musisz mieć 6 i 6 albo 8 i 8). Totalne porażki generują jednak pewne punkty, które można wydawać, by przezwyciężać później inne rzeczy. Wszystko co ciebie nie zabije, tylko ciebie wzmocni.

Walka jest wzorowana na japońskich konsolowych grach. Wróg stoi w dwóch liniach, my stoimy w dwóch liniach, i się nawalamy. Przyjemne i mało skomplikowane. Chociaż znowu – zwolennicy realizmu mogą nie zrozumieć, że taki mamy klimat.

Należy też wspomnieć, że w podręczniku znajduje się też wiele przykładów – jak tworzyć przygody, jak wyglądają sesje. Pod tym względem jest to system bardzo przyjazny dla zielonych graczy.

TO KONIEC JUŻ…

Ryuutama to nie jest system dla każdego, i nie jest to system idealny. Ale… Grałbym, i to grałbym bardzo. Jeżeli kogoś interesują dodatkowe materiały, to pełno tego na stronie systemu. No i mam nadzieję, że pojawi się dodatek.

Na końcu chciałbym podziękować Szymonowi Piecha za udostępnienie podręcznika.

O Bondzie słów chaotycznych kilka (filmy 1-4)

Postanowiłem obejrzeć wszystkie Bondy. I tak na fejsbuku narodził się taki cykl, w którym w paru zdaniach rzucam kilka uwag o danym filmie. Nie była to recenzja per se, tylko właśnie, zbiór luźnych i często chaotycznych myśli. Ale niektórym się spodobało, i padła prośba, by zebrać i umieścić na blogu, co i robię (poprawiając błędy i czasami coś dopisując). W cyklu będę wrzucał po cztery filmy.

Dr_No_-_French_Poster

Postanowiłem sobie zaliczyć z żoną wszystkie Bondy. No to “Doktor No” jest już za nami.

Pierwszy Bond jest całkiem normalny, nawet o ile mnie pamięć nie myli, jest bardzo bliską adaptacją książki. Książkę jednak czytałem dawno temu (właściwie to jedyna książka o Bondzie jaką czytałem), i wiele rzeczy już mi umknęło.

Ale jest smok, jest super kaleka jako główny zły, jest zakłócanie rakiet. Wycięto tylko ptasie gówno, które to zbierał Doktor. Stwierdzono więc też, że śmierć poprzez topienie się w radioaktywnej wodzie jest bardziej klimatyczna, niż zrzucenie ptasiej kupy na łepetynę.

Właściwie film zaczyna być nudny od kiedy Bond wchodzi do rury. Później mamy długą sekwencję gdzie nic się nie dzieje, zakończoną 20 sekundową walką pomiędzy głównym dobrym, a głównym złym. I wybuch. I seks w łódce. I w ogóle mało tego Doktora No w tym filmie.

No serio, jak na gościa który gra tytułową rolę, to naprawdę mało go w filmie.

Poznajemy też amerykańskiego odpowiednika Bonda, który będzie przewijał się czasami przez kolejne Bondy. Ale i tak nikt nie pamięta Felixa.

Mamy wędrującą skarpetę i nogawkę Bonda. W scenie z Profesorem Denem jego garderoba zachowuje się w magiczny sposób.

Poznajemy też Sylvię Trench. Jedyna dziewczyna Jamesa Bonda która pojawia się w dwóch filmach. I to postać bez której by nie było sławnego przedstawienia “Bond. James Bond”.

russia

Drugi Bond, czyli “Pozdrowienia z Rosji” zaliczone. Film który chyba wyznaczył kierunek, w jakim podążać będą kolejne filmy (Bo “Doktor No” wyznaczył tylko “dziewczynę Bonda”). Pierwszy raz Bond dostaje niesamowitą zabawkę, która jest walizką z nożem, forsą, wybuchowym pieprzem i ze składaną snajperką. Pojawiają się chyba też najbardziej znane narzędzia mordu szpiegów z popkultury – garota w zegarku i zatrute ostrze w bucie.

Poziom testosteronu i seksizmu bohatera zwiększa się dwukrotnie, i Bond zalicza nawet trójkąt z dwiema cygankami (widzowie dostają przy okazji takie porno, na jakie pozwalała brytyjska kinematografia w tamtym okresie – czyli cat-fight i taniec brzucha). I daje po mordzie głównej bohaterce, ale ona dalej go kocha.

Bond ma nawet telefon komórkowy, ale chyba nazwa telefon samochodowy jest bardziej adekwatna. No i ma pager, który piszczy.

W tym filmie zyskują źli. Są oczywiście na pierwszym miejscu “Złowieszcze ręce które głaszczą futerko”. Jest genialny szachista, ale występuje na ekranie tylko trochę krócej, niż Doktor No. Ale podobnie szybko ginie. Jest też zła kobieta. Jest zła, bo jest lesbijką. Albo jest lesbijką, bo jest zła. Logika lat 60.

Fajny jest główny morderca WIDMA. Wydaje się przez większość filmu dużą, umięśnioną, niemą tępą kukłą, ale okazuje się, że to całkiem sprytny gościu. No i jest go dużo, wlecze się za Bondem, jak skutek za przyczyną.

I tutaj uwaga – blondyniasty adonis morderca ustanowił pewien trend, więc się nie zdziwcie, jak w kolejnych Bondach czasami będą pojawiać się jego klony.

Niestety, porno z 007 jest niszczone, nie dane więc nam obejrzeć “Jednej nocy z Jamesem Bondem”.

goldfinger

Trzeci Bond, czyli Goldfinger zaliczony.

Sean Connery poprawił wygląd. Schudł, zmienił perukę, zamalował długie rzęsy, a jakiego krzaczaste brwi a’la Baron von Sydonis del Dracul jakoś się pomniejszyły.

To pierwszy film, w którym Bond dostaje super-auto (dopisek po czasie – i jakoś tak naprawdę dużo ich nie miał).

To pierwszy film, gdzie Bond zasłania się dziewczyną przed ciosem.

To pierwszy film, gdzie zabijają Bondowi laskę. I to dwa razy.

Pierwszy raz Bondowi nie udaje się podryw (dopisek po czasie – naprawdę jeden z nielicznych takich przypadków) .

Dowiadujemy się, że Bond jest po prostu chorym człowiekiem. To erotoman, pies na baby. Jak widzi fajną panienkę, to wariuje. Musi wtedy walczyć ze swoimi wewnętrznymi demonami, bo inaczej gwałci. Należy mu współczuć (scena jak widzi seksowną laskę, i zamiast skupić się na misji, to myśli o seksie, ale walczy z tym mówiąc do siebie “uspokój się 007”).

Fleming uwielbiał nazywać kobiety dwuznacznie. Tutaj mamy Pussy Galore. Ale na miłość boską, drodzy tłumacze, nie musieliście spolszczać jej imienia na Cipcia Obfita…

Bond jak gwałci złą kobietę, to ta staje się dobra. Logika lat 70.

Goldfingera jest dużo. Ale to obleśny wieprz, dobrze że zginął.

Powrócił Felix. Z przystojniaka stał się małym łysym grubym karzełkiem.

Pojawia się jeden ze sławniejszych przeciwników Bonda – Oddjob. Mały krasnoludzki silny Azjata w cylindrze z metalową obręczą. Z ciekawostek, kapelusz wykonała firma Lock and Co. – czyli ta sama, gdzie kapelusz kupował Valentine w Kingsman (jeżeli kogoś interesują odniesienia).

Bojowa babcia rządzi. No serio, emerytka dorabiająca jako stróż na budce parkingowej z kałachem pod stolikiem jest wypas.

Z odcinka na odcinek Bond staje się coraz większym trollem. Dzisiaj pewnie po godzinach siedziałby na Polterze z trzema lewymi kontami.

To chyba jeden z najważniejszych filmów o Jamesie Bondzie (w moim rankingu), jeżeli chodzi o Sean Connerego. Już trąci bardzo myszką, ale to ten film wyznaczył pewien kanon i “bondowe tropes”. 

10850003_814429695259166_610825139683255953_n

Czwarty film z Jamesem Bondem, czyli “Operacja Piorun”, zaliczony.

Jest to jedyna historia (Casino Royale nie liczę), która została dwa razy przedstawiona na dużym ekranie. “Nigdy nie mów nigdy” to ten drugi film.

Film zaczyna się od tego, jak Bond zabija transwestytę.

Bond bierze kobietę siłą, a jak nie siłą, to szantażem. Przynajmniej za karę został dobrze wyruchany przez pewną maszynę.

Wraca kumpel Bonda, Felix Leiter, czyli ten gościu, o którym nikt nigdy nie pamięta, że był w filmie. Aktor podobny do tego z Dr. No, czyli dobrze. Bo ten z Goldfingera wyglądał jak łysy 45-latek chowany od 20 roku życia na pączkach.

Pierwszy Bond, gdzie w sławnym openingu (przez lufę pistoletu) występuje aktor grający Bonda. Tak jest, w pierwszych trzech widzieliśmy kaskadera, nie Sean Connerego.

Nowe zabawki Bonda jakieś takie mało widowiskowe. Ale wykorzystany w filmie “Bell Rocket Belt” działa naprawdę.

Drugi film, w którym Bond zasłania się kobietą. Tym razem ze skutkiem śmiertelnym dla niewiasty.

Przeciwnicy – po epizodzie z Golfingerem, powraca Widmo i głaskanie kotka. Główny przeciwnik Bonda to jednooki Emilio Largo, czyli Numer Dwa. Duży skok jakościowy w roli głównego złego po Goldfingerze.

Natomiast przydupasy nie zapadają w pamięć, brakowało jakiegoś Oddjoba. Był co prawda Vargas, który nie pił, nie palił, nie ciupciał. Ale po prostu pojawił się po to, by go Bond przybił do drzewa harpunem. No i polski akcent, czyli Doktor Ladislav Kutze. Imię wskazuje na Czechosłowaka, ale było wspomniane, że pracował w Warszawie.

Pierwsza epicka walka w Bondzie. Grupowa naparzanka pod wodą. Tylko dziwnym trafem w tej finalnej epickiej walce ludzie zaczęli krwawić dopiero wtedy, kiedy chciano wprowadzić rekina.

Końcówka filmu jakoś tak wyjątkowo z dupy. I były dłużyzny. Goldfinger zdecydowanie lepszy.

[Recenzja] Mad Max – Fury Road

Mad-Max-Fury-Road-lovely-day

Super! Zajebiaszczy! 11/10! Orgazm! Ruchałbym! Mogę już umrzeć!

Tak krzyczy internet.

Ja się jednak do chóru nie przyłączę.

“Mad Max – Fury Road” to film akcji, nastawiony tylko na akcję, na bycie wspaniałym widowiskiem, na bycie ucztą dla oczu. I właściwie tylko tyle.

mad_max_fury_road_wallpaper_1920x1080_by_sachso74-d8r49ti

Fabułę chyba znają już wszyscy – pewien twardy babsztyl buntuje się przeciwko głównemu bossowi na zrujnowanych post-apokaliptycznych terenach, porywa jego baby rozpłodowe, po drodze zgarnia Mad Maxa i spierdala wielką ciężarówką. Boss wysyła za nimi wszystko co ma. I tyle. Cała reszta to jeden wielki pościg. A czego można się spodziewać po filmie?

AKCJI – właściwie cały film to jedna wielka akcja z pomniejszymi postojami. Co tam się nie dzieje, co tam nie wybucha.

POPRAWNEGO AKTORSTWA – Tom Hardy jako bardzo znerwicowany Mad Max, którego głównym zadaniem jest stać, mrocznie gadać i wyglądać na kolesia “co ja tu kurwa robię” wypadł poprawnie. Charlize Theron którą kojarzę głównie z ról seksownych blondynek, jako bezręka twarda baba wypadła lepiej niż poprawnie. Nicholau Hoult, który ma już za sobą jedną dziwną bladą rolę (Zombie R w “Warm Bodies”), jako fanatyczny Nux, wypadł obłąkańczo zajebiście (zresztą jedno z haseł reklamowych nowego Mad Maxa – “What a Lovely Day”, pada właśnie z jego ust). Hugh Keays-Byrne jako Immortan Joe wypadł też poprawnie. A cała reszta dziwaków i innych wariatów wypada równie kolorowo i zajebiście, jak armia orków do Warhammera 40000,

filmy-2015-premiery-1500x937

NIEZŁEJ MUZYKI – Ścieżka dźwiękowa daje radę. Daję też wam słowo, że zakochacie się w filmowym gitarzyście,

TWARDYCH BAB – Główna bohaterka Imperator Furiosa jest bohaterką o jaką walczą feministki, i bohaterką przy której płacze MRA. Ale mamy też zaradny gang emerytek na motorach, a i same dziewczyny Immortan Joego nie są też typowymi “Damami w opałach”.

ZAJEBISTYCH POJAZDÓW – Jest to fetysz-raj dla wszystkich masturbujących się ludzi do pojazdowej stylistyki post-apo.

mad-max-fury-road-vehicles

FAJNYCH WIDOKÓW – To co widać w plenerach wygląda zajebiście. A to przecież głównie pustynia.

PUSZCZANIE OCZKA DO FANÓW MAD MAXA – A to broń nie zadziała w dziwnie znajomy sposób, a to przez chwilę pojawi się ręczna pozytywka. i pewnie cała masa innych dupereli, których fani będą się doszukiwać.

Innych rzeczy w filmie nie ma. Zapomnijcie o ciekawych dialogach, bo tych ogólnie jest jak kot napłakał. Zapomnijcie o jakimś głębszym przedstawieniu postaci – to po prostu doba z życia bohaterów, w czasie której dostaniemy kilka szczątkowych informacji na ich temat. Bohaterowie po prostu “są”, i brakowało mi czegoś, co kazałoby mi się do nich bardziej przywiązać. Nie czuję też potrzeby zobaczenia tego filmu jeszcze raz. Ale nie muszę, grupa fanów jest już wielka, i dla nich film już jest kultowy.

Tak, to najlepszy film post-apo od “Mad Max 2”. Co raczej wskazuje, jak słabo lub beznadziejnie jest to eksploatowany gatunek filmowy. Ale właściwie, gdyby ostra muzyka leciała cały czas, i wycięto by tych kilka scen z przestojami, to wyszedłby nam 1.5 godzinny teledysk MTV.

MadMax-FuryRoad-ImmortanJoe

I to jest właściwie równocześnie zaletą, jak i zgubą tego filmu. Szybkie kino akcji, które właściwie poza akcją, nie ma nic więcej do zaoferowania. Oglądało mi się dobrze (żona usypiała), ale za pół-roku raczej wiele już pamiętać z tego nie będę.

PS. Wróżę wysyp sesji w “Neuroshimie”, “Apocalypse World” i innych post-apo systemach.

[Recenzja] Feng Shui 2

fengshui2_cover_final

“Feng Shui 2” przybyło i kopie tyłki. Druga edycja prawie dwudziestoletniego erpega powróciła dzięki ubiegłorocznej zbiórce na Kickstarterze. I co ma ciekawego do zaoferowania? Czytajcie, a się dowiecie.

“Feng Shui 2” to system który nie bez powodu nosi podtytuł “Action Movie Roleplaying”. Z założenia ma emulować sceny akcji z filmów Made in Hong Kong / China, które skupiają się na udowadnianiu, że moje Kung Fu jest lepsze od twojego. Albo shotgun. Albo Mustang Cobra 1980. Przy okazji dorzuca do tego tani melodramatyzm. Wiecie, takie tam krzyczenie “Nie-e-e-e-e-e!!!” gdy ginie twoja druga połówka, myślenie o nadchodzącej ciężkiej operacji matki pomiędzy zleceniami jakie odbębniasz dla Triady, oraz o umieraniu w deszczu z dogasającym petem w ustach.

Autorem tego dzieła natomiast jest Robin D. Laws, sławna persona na zgniłym zachodzie, ale mam wrażenie, że mało zauważona w kraju nad Wisłą. Wszyscy tutaj znają tylko Wicka, Trzewika, Cooka i Gygaxa. A szkoda, bo Laws maczał paluchy przy takich erpegach jak “Star Trek”, “Earthdawn” i “DnD”, oraz dał światu “GUMSHOE“, “Hillfolk” oraz “Over the Edge” (wraz z Jonathanem Tweetem). No i oczywiście “Feng Shui”. Wróćmy więc do samej gry.

fs1

 KOPIĘ TYŁKI I ŻUJĘ GUMĘ

Mechanika jest prosta i przyjemna – tyle w kwestii tl;dr.

Nie jest to typ gry który przypadnie do gustu mechanicznym “cruncherom”, którzy potrafią całymi godzinami wymyślać ten jedyny uber-duper combos. Już sam proces tworzenia postaci może spowodować płacz każdego porządnego optymalizatora i min-maxa. Bo tworzenie postaci polega na wybraniu jednego z 36 dostępnych archetypów, wpisaniu tam imienia, melodramatycznego haczyka, kilka słów o sobie, i tyle.

Same rzuty wykonuje się dwiema “kaszóstkami”, gdzie jedna daje wartości dodatnie, a druga ujemne. Jak łatwo się domyślić, sumujemy wynik i dodajemy (lub odejmujemy) od odpowiedniej cechy lub umiejętności. Jak wypadnie na którejś “6”, to rzuca się nią dalej. Każdy bohater ma jeszcze pulę Szczęścia/Chi/ Magii/Genomu, którą może wykorzystać do polepszenia swojego wyniku, lub aktywacji specjalnych zdolności.

Cechy i umiejętności… Nie ma tego dużo, zapomnijcie o wielkiej dedekowej szóstce cech z długaśna listą umiejętności. Właściwie najważniejsza cecha jaka się liczy, to jak dobrze nasz bohater leje po pysku (albo strzela ze spluwy). Umiejętności są uproszczone na maksa i są bardzo pojemne. I tak na przykład umiejętność “Policja” pozwala nam skutecznie przesłuchiwać, znajdywać ślady na miejscu zbrodni, znać prawo i znać kilku paserów w mieście. Natomiast jeżeli nie masz czegoś napisanego na karcie postaci, to masz to na 7. Proste.

enzfftybznulkzjgws0z

Ach, walka… Walka składa się z sekwencji, ujęć i klatek kluczowych, i nie bez powodu stosowany jest tutaj żargon filmowy. Tak jak w filmach akcji z lat 80 czy anime, czas płynie tutaj w dziwny sposób (czytajcie: Scena “Planeta Namek wybuchnie za 5 minut” będzie trwała 40 odcinków), dubeltówka Asha Williamsa strzela 5 razy przed kolejnym załadowaniem (a mieści dwa naboje), a James Bond walczy w każdym ujęciu w innym miejscu, mimo że nigdzie się nie poruszył. Magia Kina.

Na początku każdy losuje swoją inicjatywę, później w kolejności od najwyższej wykonuje swoje akcje, płacąc je w ujęciach. Standardowa prawie każda akcja kosztuje 3 ujęcia. Czyli jeżeli twoja inicjatywa wynosi 11, to na niej zadziałasz pierwszy. Po twoim ataku twoja Inicjatywa nowa to 8. po kolejnym to 5. I tak dalej. Aż wszyscy skończą swoje akcje w Sekwencji, i będzie losowana od nowa inicjatywa.

Do śledzenia inicjatywy przydaje się specjalna plansza, na której przedstawia się kolejność przy pomocy kolorowych pionków, żetonów czy figurek. Jedna jest w podręczniku, do wydrukowania, sam zaś osobiście używam planszy punktowej do Carcassonne.

I na koniec – nie ma tutaj punktów doświadczenia. Po sesji albo wszyscy dostają rozwinięcie, albo nikt nie dostaje rozwinięcia – wpływa na to kilka czynników i element losowy. Ale nie martwcie się, wszystkie grywalne postacie są kompetentne już na starcie.

20150510_193419

 I’M FUCKING AWESOME

Podręcznik to jedna wielka kopalnia zajebistych Tropes. Prawie wszystko co charakterystyczne dla filmów z Hong Kongu i Chin, zachodniej epoki VHS i nowszych produkcji, można tutaj znaleźć. Popatrzmy na Archetypy, zarówno te te typowe z azjatyckiej kinematografii, jak zimny zabójca (Ah Jong), gliniarz z Hong Kongu (Chan Ka-Kui), stary  mistrz (Pijany Mistrz), duch (Nip Siu-sin) i mnich-egzorcysta (Yin Chik-ha), oraz na te, które kojarzą się z zachodnią produkcją – włóczęga (Desperado), ronin autostrady (Mad Max), zamaskowany mściciel (Rorschach i Daredevil), waleczny dzieciak (Hit-girl) czy szpieg (Harry Hart).

guns

Każdy bohater ma swoje sztuczki. Czego tu nie mamy? “Kawaleria Nadciąga” pozwala pojawić się w dowolnej właśnie toczącej się walce. “Nie-e-e-e-e-e-e!!!” zwiększa zadawane przez nas obrażenia, za każdym razem jak któryś z naszych towarzyszy otrze się o śmierć. “Zajebista Kurtka” daje ci Podrywanie na 11, kiedy ją nosisz. “Torba pełna spluw” pozwala wyciągać podczas walki kolejne modele kulomiotów. “Karnawał Jatki” pozwala eliminować duże hordy przeciwników w mgnieniu oka. “Potęga Miłości” pozwala trzymać w objęciach umierającego przyjaciela, i kiedy łzy spadają na policzki denata, może wykonać jeszcze jeden rzut sprawdzający, czy faktycznie umarł.

fs2

Bohaterowie są dosyć żywotni. Właściwie dopóki nie dojdą do poziomu 35 obrażeń, są bezpieczni. Do tego czasu mogą bez problemu szarżować na stanowisko z ckm-ami, co oczywiście jest często jedyna słuszną i zajebistą opcją w tym systemie. Przeciwnicy mają się trochę gorzej. Mooks (tłumoki sobie tłumaczę) schodzą po jednym celnym trafieniu. Ważne postacie schodzą po 35. Boss i Uberboss to twardziele nad twardzielami, trudni do pokonania, z limitem 50 punktów. A mogą złośliwe bydlaki przyjąć o wiele więcej na klatę.

Należy teraz wspomnieć o generatorze trafień dla tłumoków, który jest dostępny tutaj. Przed sesją sobie takie coś generujesz, i na sesji zamiast rzucać na hordy złoczyńców, po prostu skreślasz kolejne wyniki i szybko opisujesz, co się dzieje. Przetestowane przeze mnie łopatologicznie, bardzo dobrze się sprawdza na sesji.

TO MA BYĆ POWAŻNA SESJA

Czy sesje mogą być poważne i mroczne? Mogą. Mogą być też wesołe i sielankowe. Głupkowate. mogą udawać realizm, albo mogą być hurrrrrraaaaaa-sieczką bez konsekwencji. Dostajecie mechanikę, opis jak wygląda walka, to jest kolor. Jak będziecie chcieli opisywać swoje akcje, zależy już od waszej interpretacji. Poniżej kilka kultowych scen, każda z nich jest do zrealizowania w “Feng Shui 2”. Jak nie chce ci się oglądać, przeturlaj sobie dalej. A tak, ostatni filmik to klasyka Kung Fu NSFW. Proszę nie włączać, jeżeli sexualne techniki walki cię przerażają.

TOUR DE POLOGNE

Wypada coś napisać o przedstawionym świecie. Świat w Feng Shui to cztery okresy historyczne – starożytność, XIX wiek, czasy współczesne i przyszłość, które są ze sobą połączone. To ważne, bo te cztery okresy są jedną stałą, bo oprócz nich pojawiają się też “bańki czasowe” prowadzące do innych okresów, ale ich stabilność zostawia sporo do życzenia. Jest też wielka Wojna Chi, gdzie różne siły starają się zdobyć odpowiednio położone geomantycznie miejsca, które dają pewne możliwości ich właścicielom. I bohaterowie tak sobie skaczą od jednej ery do drugiej, zmieniają historię i walczą o te miejsca. Po co walczą? Bo między innymi to właśnie te miejsca (zdobyte, lub spalone przez naszych herosów), pozwalają na wykupywanie rozwinięć.

Można oczywiście olać też Wojnę Chi i podróże w czasie, są do tego odpowiednie zasady w podręczniku. Z których to chętnie korzystam.

Oprawa? Powiem, że podoba mi się średnio. Niby kolorowe rysunki, full-color, ale jakoś niektóre z nich za piękne nie uważam. Osobistym moim “faworytem” jest pani prywatny detektyw, czyli Nadgniły Michael Jackson z Cyckami.

pimichael

 FLAWLESS VICTORY

Werdykt? To solidny erpeg, prosty i łatwo przyswajalny przez każualowych graczy, z drugiej strony, nie jest to pozycja (powtarzam się) dla lubiących grzebać w cyfrach. Ale bierzesz kartę bohatera, siadasz, i grasz. Doświadczony MG po dwóch-trzech sesjach powinien nawet bez problemu poprowadzić sesję z marszu, bez żadnych przygotowań. Sam nigdy nie grałem w poprzednią edycję, ale “Feng Shui 2” zdobył moje serce 🙂